Tu sie po polsku wyznaje, acz nie do konca, bo bez polskich czcionek…
23/06/08
Doktorat z przeprowadzek juz mam, o habilitacje wolalabym sie nie ubiegac…
Gdyby istnial jakis centralny rejestr przeprowadzek i gdyby tenze centralny rejestr przyznawal stopnie naukowe za przenoszenie swojego marnego, aczkolwiek naznaczonego duza iloscia przedmiotow posiadanych dobytku(na ogol wartosci odwrotnie proporcjonalnej do poteznych rozmiarow), niechybnie mialabym ten moj niegdys wymarzony doktorat.
Male mieszkanko o jakichs 60 metrach kwadratowych nieobstawnej absolutnie powierzchni, z kuchnia wcisnieta w sciane duzego pokoju, zasiedlone prez dwoje dzieci z kontenerami zabawek, bez ktorych nie wyobrazaja sobie zycia oraz dwojke doroslych (w tym jedno z bagazem sprzetu fotograficznego i komputerowego – glownie wlasnego wykonawstwa, wiec wysokogabarytowego) szybko okazalo sie jedynie czasowa oaza i alternatywa dla poprzedniego mieszkania w bloku z wysoce niepozadanymi sublokatorami biegajacymi szybko jak wiatr po zapaleniu swiatla i sasiadem-pijakiem nad glowa. Cieszylismy sie ta malenka oaza wydarta szczesciu zima zeszlego roku, kiedy w zasadzie nie mielismy sie dokad udac, ale predzej czy pozniej osiagnelismy punkt ostatecznego nasycenia miejsca przedmiotami i choc czesc naszego dobytku od pol roku drzemie w piwnicznych ciemnosciach, poruszanie sie w malym mieszkanku nagle stalo sie udreka dla tych o wiekszych rozmiarach. Meandrowanie w waskim korytarzyku pomiedzy stosami zabawek i pudelkami z ciuchami odlozonymi na inny sezon, ze statywami i parasolami wcisnietymi razem z rowerami dzieciakow gdzies wysoko na szafe mini-przedpokoju, z pralka wcisnieta w teze szafe, wiec przestrzen na przechowywanie przedmiotow zludna, z deska do prasowania gdzies za drzwiami sypialni… to wszystko stalo sie dla nas zwyczajna udreka.
I tak od dwoch dni pakujemy sie znowu.
Sama czynnosc wydaje sie byc wybitnie prosta i prostocie tejze czynnosci nie chce odbierac jej atutow. Jednak musze dorzucic swoje trzy grosze dla niedowiarkow czy powiatpiewajacych w slusznosc przyznania mi doktoratu z przeprowadzek. Zanim zapakujesz cos do kartonu, musisz najpierw ten karton zdobyc. I to nie moze byc karton naznaczony bylejakoscia. Na celowniku li jedynie kartony z dobrym dnem, o rozsadnych rozmiarach, niezniszczone i wykonane z dobrej jakosci tektury.
Miasto Sofia przyszlo nam z pomoca niemal natychmiast.
Czyli teraz maly wstep o smietnikach w miescie Sofia, ktory tylko z pozoru wydaje sie byc niezwiazany z tematem przeprowadzki.
Kazdy jeden przecietny sofijski smietnik odznacza sie od innych smietnikow tym, ze znalezc na nim mozesz najdziwniejsze przedmioty, ktorych pochodzenie czesto wprowadza cie w gleboka zadume. Z wlasnych obserwacji wiem, ze aby stac sie prawdziwym sofijskim smietnikiem, kontener musi spelnic nastepujace kryteria: zawartosc rozchodzaca sie poza ramy samego kontenera w stopniu zaskakujaca poteznym, przynajmniej dwa psy spiace na szmatach, lub – i ta wersja jest wybitnie prawdopodobna – na starym fotelu malowniczo wcisnietym za kontener, stary materac (czestotliwosc materacy w smietniku kaze mi myslec, ze przecietny Sofianin zmienia materac jakos tak co trzy miesiace), fragmenty rozbitego telewizora / monitora komputerowego, rozbita szyba, czesto w duzym kawalku i zazwyczaj oparta o smietnik sam w sobie, muszla klozetowa w calosci lub czesciach, ubrania i kilka par butow. Plus standardowe smieci, w Polsce zwane chyba niskogabarytowymi, czyli worki z odpadkami, papier, puszki, butelki itp.
Kazdy jeden sofijski smietnik jest miejscem pielgrzymek calych hord zbieraczy smieci, ktorzy uaktywniaja sie bladym switem i odbywaja swoje peregrynacje wedle jakiegos tajemniczego schematu przez caly dzien. Ci bardziej zaawansowani przybywaja na wozach ciaganych z mozolem przez wychudzone koniki / osiolki, w duzych grupach i pracujac parami / trojkami przeczesuja z minami znawcow kazdy smietnik. Indywidualisci ciagaja sklecone z Bog-wie-czego wozeczki po brzegi wyladowane skarbami. I tak przez calenki dzien – przychodza, pogrzebia, pogapia sie beznamietnie, cos znajda, albo i nie, zaladuja i ciagna swoje cudne wozeczki dalej. Pomyslalby kto, ze to domena tych maluczkich i najbiedniejszych, okolicznej populacji romskiej. I duzo w tym prawdy, ale po wnikliwej analizie przeplywu ludnosci grzebiacej, zaskoczyl mnie zupelnie inne wnioski: o ile w Slowenii ludnosc wykazywala wybitna tendencje do wiercenia dziur w scianach, o tyle Sofianie traktuja smietnikowe grzebactwo jako swoiste hobby. Pewnego poranka, kiedy leniwie czekalam na Alkowa nianie i rownie leniwie gapilam sie przez okno na smietnik przed naszym domem (nie z zainteresowania bynajmniej, ot, smietnik w Sofii to element niemal architektoniczny, ktorego nie sposob przeoczyc), przed domem nagle zatrzymalo sie dosc eleganckie Audi w ciemnym kolorze. Z auta wysiadl pan z broda, w wieku srednim raczej, z mile zaokraglonym brzuchem czlowieka sytego i szczesliwego, ukrytym pod calkiem elegancko skrojonym garniturem. Pan mial chyba cel jakis, wkroczyl radosnie na kraweznik, rozejrzal sei radosnie i juz juz ruszal w znanym sobie kierunku, kiedy jego wzrok zahaczyl o dwa zolte i trzy zielone kontenery smieci. Bez wahania i zastanawiania sie glebszego podszedl rzesko do kontenerow i zaczal metodycznie przegladac ich zawartosc pomagajac sobie rulonem z porannej gazety.
Nie, nie oslupialam. To bylo w momencie kiedy miasto Sofia nie bylo w stanie niczym mnie zaskoczyc…
Ah, ci co wytrwali do tego miejsca pewnie juz wiedza, do czego zmierza moja opowiesc, he?
Wzniesmy toast, zrzucmy czapki z glow: otoz zupelnie niedawno zostalam pelnoprawna Sofianka. Nie tylko lamie prawo na kazdym skrzyzowaniu (dla tych, co sie chca oburzyc w tym miejscu – paradoks miasta Sofia polega rowniez na tym, ze jazda zgodnie z prawem jest tutaj potencjalnym zagrozeniem zycia i zdrowia twego wlasnego, jak i innych, bo kazdy zaklada, ze bedziesz jezdzic podlug kodeksu sofijskiego), ale tez mam za soba pierwsza wyprawe po dobra ukryte w smietnikach. Poruszajac sie nieudolnie, bez zadnego odgornego planu, dokonalam objazdu smietnikow w okolicy i zaopatrzylam sie tam w cala kolekcje kartonow, pudel i pudelek, ktore teraz, zaladowane po brzegi, tarasuja przejscie pomiedzy sypialnia i reszta mieszkania.
A dzieci? Bo przeciez generalnie o dzieciach mialo byc…
Dzieci pomagaly przez caly dzien. Pomagaly pakowac, rzecz oczywista. Nie, nie zabralam ich na pierwsza smieciozbieracza wyprawe naszego stadla, chyba jeszcze nie jestem gotowa pozwolic im osiagnac status prawdziwych Sofian. Dzieci pomagaly pakowac wszystko, co sie dalo i jak tylko sie dalo. Do tego stopnia, ze okolo godziny 14, czyli mniej wiecej w momencie wkraczania w szosta godzine ciezkiej pracy, dzieci zostaly odeslane pietro wyzej, do sasiada, ktory zaoferowal swoja pomoc, pewnie nie wiedzac na co sie pisze. Kiedy w okolicach godziny 16 zameldowalam sie u wspomnianego sasiada po odbior mojego wlasnego potomstwa, mlodsze dziecko znuzone drzemalo na kanapie, a starsze tanczylo jakies jibby-weebie na srodku pokoju w takt afrykanskich piesni plemiennych. Dzieci pomogly sasiadowi zapakowac jego ksiazki. Czy wdzieczny byl naprawde, nie wiem. Zapytam przy innej okazji…
20/06/09
Daleko rozwiniete zachowania obsesyjne
Aleksander, dziecko dotad nazywane pogodnym, anielskim, spokojnym, wymarzonym przeszlo metamorfoze w zupelnie niepozadanym kierunku.
To niekoniecznie kwestia niegrzecznosci, w tych terytoriach poruszam sie calkiem sprawnie nauczona doswiadczeniem lekcji zaserwowanych w nadmiarze przez Adacha; to jakis calkowity obraz mojego dziecka nagle podmienionego przez kosmitow, opetanego potrzeba utrudniania zycia wszystkim i na kazdym kroku, na miare niezapomnianego TAZ-a.
I tak poczawszy od pobudek w samiutenkim srodku nocy, kiedy slysze jakies nieostrozne kroki bosych stop na posadzce w okolicach kuchni. A potem proby otwarcia lodowki, najwyrazniejm zakonczone fiaskiem, bo juz za moment cisze zasluzonego nocnego wypoczynku morduje bezlistosne “daaaaj kielbaseeeee!” wykrzyczane z glebi ponaddwuletnich trzewii, glosem grubym, niskim i celowo szorstkim.
Wstaje sponiewierana, swiadomosc jeszcze nie wrocila calkowicie, choc wlecze sie na cienkim sznurku gdzies za mna… Snuje sie cichcem do kuchni, zagladam a tam dziecie z brzuchem wypietym do przodu, produkuje cala mase niskich tonow jednoznacznie wskazujacych na jego zainteresowanie kielbasa.
Nie zaluje dziecku jedzenia, skadze, ale – na litosc boska – czemu o 4 rano?
Alek jest generalnie zrodlem nieustajacych odglosow. Nauczyl sie perfekcyjnie udawac papuge, samochody wyscigowe i odglos wody spuszczanej w lazience. Ostatnio do kolekcji dzwiekow dolozyl odglos zlowieszczego szeptu zupelnie identycznego z odglosami opetanego dziecka z “Egzorcysty.” Jako matka miewam chwile glebokiego zamyslenia nad kondycja mojego dziecka, ale chwilowo przynajmniej nie widze jeszcze potrzeby rozmowy z ksiedzem: na zielono nie pluje, nie zlorzeczy, nie przeklina, glowka kreci mu sie tylko w normalnym zakresie.
Rozwinal za to dwie absolutnie nowe obsesje: zbieranie kwiatkow i naciskanie guzikow.
O ile zbieranie kwiatkow wydaje sie niewinnym zainteresowaniem u takiego dziecka, o tyle naciskanie guzikow moze juz stac sie powodem klopotow. Zasadniczo i metaforycznie musze wyznac, ze niebezpieczenstwo czai sie absolutnie wszedzie. I tak moze przycisnac guzik zatrzymujacy karuzele z bagazami na lotnisku, wywolujac niezadowolenie czterdziestki wscieklych na bezlitosne linie lotnicze i zasady podrozowania samolotem pasazerow, ktorych najwyrazniej nie napojono dostateczna iloscia wina. Moze tez niewinnie naisnac przycisk alarmowy w windzie, co niezmiennie powoduje zamieszanie na korytarzu budynku (panie w papilotach i kapciach z pomponami stanowia grupe zawsze najchetniej obserwujaca). Wciskanie guzikow na klawiaturze komputera spowodowalo jak dotad dziesiatki e-maili wyslanych do przypadkowych odbiorcow.
Guzikiem moze byc wszystko: przycisk uruchamiajacy urzadzenie, kurki na kuchence elektrycznej, znamiona na ciele ludzkim. Wszystko.
A jesli przypadkiem dziecko nie doczeka sie reakcji (np. glosne i wyrazne piiip – piiip po nacisnieciu na znamie na obojczyku wlasnego ojca), moge oczekiwac natychmiastowego ponowienia naciskania ze zdwojona – co mowie – stokrotnie wieksza sila. Bo Aleksander Okrutny rzadzi bezkompromisowo, nie znosi opieszalosci, jest niecierpliwy.
Zbieranie kwiatkow tez moze byc uciazliwe, szczegolnie kiedy dziecko zalewa sie lzami, bo nie zdzaylo zerwac kwiatka z najlichszego trawnika na calej kuli ziemskiej, z rachitycznymi, podtrutymi metalami ciezkimi mleczami przed wsadzeniem do samochodu. Zbieranie kwiatow miewa tez rozne pochodne postacie, np. proby sadzenia kwiatow juz zerwanych czy wyrywanie sztucznych tulipanow ze smutnego wazonika w pokoju nauczycielskim u mamy i taty w pracy.
Adam za to nabral dystansu do zycia. Zdarza mu sie jeszcze poryczec szczerze z powodow takich czy innych. Zdarza mu sie wpasc w szal wycia, bo mlodszy brat, bardziej fizycznie skonsolidowany i o niebo mocniejszy w kwestii fizycznego radzenia sobie z przeszkodami, dobiegl gdzies pierwszy, czy wepchnal sie przed niego w kolejke po truskawki. Ale obrasta w stoicyzm i czasami uda mi sie nakryc go na niemej i lekko niedowierzajacej obserwacji poczynan Alka. Patrzy na niego wowczas nieznacznie kiwajac glowa w najglebszym zdumieniu i z najwieksza dezaprobata.
Jakby zapomnial, ze jeszcze nidawno to on nosil miano TAZ-a…
01/04/08
Matka sie skarzy…
Dzieci mi urosly.
Urosly i ostatecznie stracily resztki niewinnosci i niemowlece aureole, a wraz z nimi nabyly ten czarci blysk w oku, te iskierke braterskiego porozumienia w sytuacjach oni przewiko nam.
Nie jest latwo, choc chyba nikt i nigdy nie obiecywal, ze latwo bedzie.
Moj zywot zamienil sie w oboz przetrwania, przetrwania “byle do wrzesnia,” kiedy to wreszcie wroce do pracy, odetchne z ulga i powierze dzieci jakiejs odpowiedniej instytucji, ktora zapewne zajmie sie nimi lepiej niz zestresowana, serdecznie swiatu niechetna matka.
Albo tylko mi sie to wszystko takie proste wydaje, bo kiedy zostawilismy towarzystwo na kilka dni pod fachowa i serdeczna opieka ciotki Rady, juz w momencie kiedy wsiadalismy do samochodu, zeby podazyc w kierunku lotniska, zaczelismy tesknic. Tesknic do tego stopnia, ze zameczalismy biedna Rade telefonami trzy razy dziennie. Tak po drodze, rozmowy z Adamem przez telefon, zreszta, byly jedna wielka litania wszystkich tych fajnych rzeczy, ktore dzisiaj zrobil z ciocia Rada i wujkiem Bojanem, a w tle slychac bylo radosne pokwikiwania rozesmianego Alka. To tez daje do myslenia…
W kazdym razie jestem na jakims obozie przetrwania, w jakims trudnym terenie, gdzie nie tylko musze miec oczy dookola glowy doslownie przez cale 14 godzin dzieciecej aktywnosci w tym domu, ale jeszcze do tego powinnam nabyc niezwykla umiejetnosc poruszania sie po zagruzowanym po brzegi terenie, baczac by nie stapnac na jakis arcywazny element zmyslnego systemu barykad z misiow, poduszek, klockow, klamotow…
Balagan.
Nie, nigdy nie bylam jakas drastycznie uporzadkowana osoba.
Ale 10 minut nieograniczonej doroslym nadzorem zabawy dwoch malych chlopcow potrafi zadziwic innowacyjnoscia zniszczen. Ktore to zniszczenia, zreszta, ktos musi doprowadzic do porzadku. Zatem mozolnie, kazdego wieczoru, biegam za towarzystwem i pilnuje z uporem osla, zeby kazdy jeden smutny klocek trafil do wlasciwego kartonu, zeby lokomotywy trafily pod lozko, zeby ksiazki wyladowaly na polce. Wariatka, pomyslalby kto. Dzieci maja swoj sens ustawiania rzeczy, jesli chca, zeby lokomotywy spaly w jednym pudle z klockami i jeszcze okraszone kawalkami ukladanki z kaczorem donaldem, ale tylko tymi, na ktorych sa jakies zielone fragmenty. Coz, rozumiem logike ukladania wszystkiego po swojemu, blagam jednak o odrobine wyrozumialosci, kiedy nastepnego dnia rano, ktores z dzieci natychmiast potrzebuje wlasnie tego zielonego fragmentu ukladanki, wlasnie tego rozklekotanego samochodu, wlasnie tej karty z talii piotrusia. Biada temu, kto nie ogrania logiki dzieciecego umyslu, bo sposoby manifestacji swoich potrzeb moje dzieci posiadaja drastyczne. Zatem raczej naraze sie na bycie wariatka, niz nadwyrezone blony bebenkowe w uszach i swiadomosc, ze sasiadka zza sciany wlasnie wbija szpilki w laleczki postaciujace moja rodzine, bo wszelakie inne proby uzyskania zasluzonego spokoju na zasluzonej emeryturze zawiodly.
I jeszcze konia z rzedem temu, kto wynajdzie taki zestaw talerzy sztuccow i kubeczkow, ktory nie daje sie wyrzucic na ziemie ze stolu. Oczywiste preferencje to talerz pelen jedzenia, kubek pelen picia, umazany sosem widelec.
Halas.
Od rana do wieczora. Wszystko nalezy obwiescic swiatu glosem wyraznym i niecierpiacym sprzeciwu. Slowami albo bez nich, w zaleznosci od wieku delikwenta i stanu jego poddenerwowania. Nie chodza, tylko biegaja, nie schodza, tylko skacza, nie mowia, tylko krzycza. Sasiedzi stukaja w sciany, napadaja w windzie, prosza, groza, zlorzecza, wymachuja rekami, uzywaja slow. Za kazdym razem odpowiadam grzecznie, ze prosze, zeby zadzwonili na policje, jesli uwazaja nas za uciazliwosc. A w sobie gotuje cala zlosc nie wiedziec na kogo, bo przeciez nie na sasiadow, nie na dzieci… Stres ogromny, bo proby utrzymania jako takiego spokoju w domu wymagaja ode mnie operacji karkolomnych wrecz, biegania od jednego do drugiego, ciaglego tlumaczenia, proszenia, blagania grozenia, itp… Mozolnie rozbudowywany swiat zakazow, z ktorymi sama niekoniecznie sie zgadzam, ale ktorych zasadnosc w pewnym sensie rozumiem, zaczyna otaczac moje wlasne dzieci. I nie widze tutaj zadnego sposobu na kompromis, co frustruje mnie jeszcze bardziej…
Nie, nie jestem jakas nieudaczna. Probuje rozmaitych sposobow, ale trafily mi sie wyjatkowo uparte egzemplarze, dla ktorych kazda nadarzajaca sie okazja to dobra okazja, zeby sprobowac przesunac granice. Ksiazkowo, nieksiazkowo, poradnikowo, doswiadczeniowo probuje naklonic chlopcow do wspolpracy. Co mowie, nie o wspolprace nawet chodzi, ale o wysluchanie mnie na spokojnie…
Zmeczenie.
Potezne, wszechograniajace, paralizujace. Spadlo na mnie jakos pod koniec lutego, nie wiem sama dlaczego wlasnie wtedy. Zapuscilo korzenie i nie daje za wygrana. Zasypiam natychmiast, kiedy tylko dzieci odplyna w swoje sny, dom sie troche ogarnie, sterta sie wyprasuje… Czasem pozwalam sobie na czterdziesci minut telewizji, czasem na jakies dluzsze niz pieciozdaniowe mejle. Padam i spie. I wstaje rano jeszcze bardziej zmeczona niz poprzedniego dnia. Zaczynam dzien od Red Bulla w nadzieji, ze wstapi we mnie jakas nagla energia. Niestety, cud nie nadchodzi…
Czas.
Plynie niesamowicie szybko. Wczoraj przyszedl na swiat Adam, dzisiaj jest trzylatkiem. Wczoraj Alek ledwie unosil swoj kosmaty lebek, dzisiaj biega po domu i uzywa slow. Tak, prawdziwych slow! Miesiace rwa jak opetane. Godziny ciagna sie w nieskonczonosc. Dzien podobny do nastepnego. Od miesiaca jakby ciagle padal deszcz, wiec wiekszosc czasu spedzamy w domu. Przytlaczajacy koniec zimy, podobno w calej Europie jakis taki… nijaki.
Dzieci tez sa tym wszystkim bardzo zmeczone. Wiem, rozumiem, wspolczuje. Tez im ciezko pozbyc sie tej zkumulowanej deszczowa pogoda energii, trudno znalezc sobie wciagajace zajecie w pomieszczeniu, ktore jest niemal calym swiatem w kazdy deszczowy dzien. Ale chyba osiagnelam stadium roztworu nasyconego macierzynstwa. Dalej sie po prostu nie da. Nie stanie mi cierpliwosci na nic wiecej.
Dzieci bawia sie w smieciarke. Wyciagnely wszystkie ciuchy z kosza na brudna bielizne i woza ja z miejsca na miejsce, usypujac misterne sterty. Z pokoju do pokoju. Z kata w kat. Uklon gleboki w strone ciotki Anki z Ljubljany, ta zabawa przyniosla wybawienie, nawet jesli polowiczne. Postanowilam nie widziec przez chwile tego calego pobojowiska. Czuwam, ale nie w pelnej gotowosci. Slucham, ale wylawiam tylko te niepokojace dzwieki. Troche pomaga. Troche i na troche…
W sobote znowu pojedziemy do Aquaparku. Potem pojdziemy porozrabiac w pileczkach. Moze uda sie zaciaganc Adacha do kina. Moze Alkowi spodoba sie w kregielni. Eh, koncza mi sie pomysly.
Zeby juz przyszla wiosna…
07/03/08
…juz nie dziecko, bynajmniej…

Dokladnie osiemnascie lat temu, w samym srodku testu z chemii, mama mojej serdecznej kolezanki wtargnela do klasy na drugim pietrze szkoly podstawowej nr 4 i wyciagnawszy mnie na korytarz, oswiadczyla, ze wlasnie urodzil mi sie brat.
Owo wlasnie pozostawia wiele do dyskusji, bo wlasnie znaczylo mniej wiecej dwie godziny wczesniej, a nawet pomiedzy oficjalnym czasem urodzin a godzina na zegarze na porodowce, zdaniem wykonawczyni karkolomnego dziela wydania na swiat potomka, istnieje niejaka rozbieznosc. Niewazne…
Istotnym jest, ze teraz lzawie czule nad klawiatura, bo ze slodkiego aniolka na zdjeciu, wyrosl zgola normalny czlowiek, o cechach osobowych delikatnie mowiac odwrotnych do anielskich. Sporo zapowiadalo wyjatkowosc osobnika, o ktorym mowa, nie kazdy bowiem wpada na pomysl wlania balsamu do ciala do gwintu zarowki w lampce nocnej (choc w pewnym sensie tlumaczyloby to niektore zachowania moich wlasnych dzieci…), ale jakos zrzucalo sie to na karb bledow glebokiej mlodosci.
Tymczasem produkt finalny procesu wychowawczego jest generalnie symaptycznym, pyskatym (choc nad argumentacja moglby popracowac), troche leniwym, calkiem przystojnym (geny kraza w koncu po rodzinie, co?), nieglupim, ale przede wszystkim fajnym facetem! I sama nie wiem, czy zyczenie mu STU LAT! to tak naprawde to, czego mu potrzeba.
Zycze Ci, zebys mial zawsze szczerych przyjaciol, wrogow na poziomie, zaufanie do samego siebie i odwage, zeby ufac innym, upor wola, zeby gory przenosic i wiare w slusznosc tego, co robisz, nawet jesli wszyscy dokola kiwaja glowami z powatpiewaniem, choc nie zaszkodzi tez troche pokory wobec zdania innych. I troche szczescia tez sie przyda. I moze jeszcze warto pamietac, ze lepiej zbladzic na wlasny rachunek i pokornie odebrac nieprzyjemna lekcje od zycia, niz bezpiecznie plynac na fali bez wrazen. No, i jeszcze czasami warto posluchac starszych. Madrych wyborow w Twojej doroslosci!

Na zakonczenie chcialabym tylko skromnie dodac, ze ze wzruszenia na wiesc o przybyciu mlodego czlowieka na swiat, 7. marca 1990 roku, w okolicach godziny 10, ze lzami w oczach porzucilam pisanie klasowki z chemii. Pani R o cienkim glosie nie zrozumiala powagi mojego kroku i niewzruszona wstawila mi ocene niedostateczna. To zapewne konstytuuje pewien dlug, jaki wobec mnie ma ow mlody czlowiek. Choc reki nie dam sobie obciac, ze nie byla to jedynie sprawna wymowka…
08/12/07
Jeden vs. Drugi, wojna o wzgledy rodziny i krok milowy – kula u nogi rodzica.
Sobota, tradycyjnie rzadzac sie swoimi prawami, nastala natychmiast po piatku. Rozpoczela sie o dosc nieludzko wczesnej porze, kiedy Pierwszy wydarl sie na cale gardlo glosem niecierpiacym zwloki:
-Papa, papa, koala boy is ready!!!!
Niezastapiony J mruknal, kwiknal, odrzucil koldre, podrapal sie po brzuchu, jeknal i mamroczac poczlapal do pokoju po Adacha, ktory natychmiast zazadal swojej porannej porcji jogurtu. Wiedziony przeczuciem i nauczony doswiadczeniem ojciec zaproponowal dziecku spozycie jogurtu we wlasnym lozku, wlasnym w znaczeniu nalezacym do dziecka, ale spotkal sie z naturalnym dziecku niezrozumieniem. I tak dziecko wyladowalo w lozku, gdzie juz zwachawszy ruch w interesie krecil sie Alek. Jeden z Drugim wyczuli sie natychmiast i rozpoczeli jedna z bardziej intensywnych rund bokserskich w historii naszego stadla. Nie, nie tlukli sie nawzajem, za to z zapamietaniem rzucili sie na rodzicow miazdzac im nosy, wyrywajac wlosy, duszac, gryzac, wpychajac palce do oczu.
I tak doslownie 10 minut po otwarciu oczu niezastapiony J wypowiedzial nieunikniona formule:
-Mam juz ich dzisiaj serdecznie dosc.
Zwazywszy na to, ze w naszych przyziemnych umyslach “dzisiaj” jeszcze nie nastalo, bo na zewnatrz bylo ciagle szaro, taki poczatek dnia gwarantuje rownie pochyla dla rodzicielskiej wytrzymalosci.
I nie pomylilam sie specjalnie.
Chaosu nie sposob opisac. Cos jak krajobraz po przejsciu stada dorodnych sloni przez uroczy krajobraz. Z ta jedynie roznica, ze slonie raz przeszedlszy okreslony odcinek, z niewielkim prawdopodobienstwem pojawia sie w danym miejscu ponownie. W przeciwienstwie do Jednego z Drugim, ktorzy – z racji poteznego ograniczenia metrazowego – nawiedzaja te same miejsca z regularnoscia serwisu sprzatajacego w idealnym McDonladzie. Czyli sa wszedzie i non-stop.
Nawet wyprawa po zakupy nie wytemperowala charakterow, choc nalezy przyznac, ze Drugi, jako element nasladowczy, zachowywal sie wyjatkowo przyjaznie dla uzytkownika, bo raz wsadzony do koszyka na zakupy, doznal niezmaconej niczym ekstazy za sprawa ogladania zwisajacych z sufitu supermarketu ozdob i duperelek swiatecznych. Na naszej drodze stanelo rowniez stanowisko z promocja pieczywa z okolicznej piekarni, co zadowolilo dziecie do tego stopnia, ze wygladal jak czlowiek w gebokiej nirvanie, z ta roznica, ze jego delikatnie acz ekstatycznie usmiechniete usta poruszaly sie miarowo przezuwajac biala materie martinovo kruha.
Z Pierwszym nie poszlo tak latwo. Na sam widok sklepu jego marne, ograniczone jestestwo wygenerowalo przepiekna i zaskakujaco dluga liste najpotrzebniejszych przedmiotow, na ktorej zreszta znalazly sie miedzy innymi:
-smarties (niezmiennie artykulowane jako farties)
-jogurt (lokat)
-biiiiiiiig samochodziek
-czoklit ejg vel kinder jajczko
-kleenex
-everything
Zaznaczyc przy tym nalezy jasno i zdecydowanie, ze ostatni punkt na liscie jest niesprecyzowanym do konca wymyslem dziecka, ktore, niejako z rozpedu, stara sie dokonac rezerwacji miejsca w torbie i wartosci pienieznej na blizej nieokreslona zachcianke. A takowe istnieja zawsze. Zawsze.
Dzisiaj, na szczescie dla nas wszystkich, bo inaczej zycie i zdrowie starszego dziecka zawisloby na wlosku, udalo sie zaspokoic najbardziej palace potrzeby Adama za pomoca paczki platkow Cheerios z rodzimej fabryki w moim ukochanym miescie.
I, ku mojemu najwiekszemu zaskoczeniu, udalo nam sie rowniez dokonac szybkich i zdecydowanych zakupow pod katem trzecich urodzin Adama, bo podcazs gdy niezastapiony J dzielnie walczyl o utrzymanie kontroli na czternastokilowym cialkiem Pierwszego, ja z Drugim dzielnie usadzonym na biodrze pobieglam krokiem prawie siedmiomilowym do lokalnego Baby Center, w celu nabycia stosownego kompletu klockow Lego Duplo z serii Thomas the Tank Engine. Wszystko wedle zyczenia samego zainteresowanego. Ow zainteresowany otrzymal dzisiaj rowniez dwie pary spodni z wielkiej wyprzedazy – niekupienie ich byloby najzwyczajniej grzechem – oraz nowy fotelik do samochodu. Drugi, tymczasem, otrzymal wielkie nic, co zniosl ze stoickim spokojem, jednak zaczelam sie w koncu zastanawiac, kiedy Alek ostatecznie zrozumie, ze blisko 100% jego posiadania to dobra w spadku po starszym bracie i porazony ta niesprawiedliwoscia zawola zgorzknialym i niecierpliwym glosem: “A ja to co, pies?”
Wieczor przyniosl kumulacje frustracji rodzicielskiej, bo podczas gdy niezastapiony J z ofiarnoscia baranka oddalil sie do kuchni w celach zapewnienia rozkoszy gastronomicznych w postaci burritos dla calej rodziny, jakas nieznana mi sila podszeptem diabelskim namowila mnie do zaskajpowania do Dziadkow w Polsce po to tylko aby przygotowac grunt pod miazdzaca krytyke najnowszych fryzur Pierwszegi i Drugiego. Rozmowa miala byc przyjaznym klepaniem o niczym i wszystkim na raz, a okazala sie brzemieniem wielkim dla mnie, jako osoby odpowiedzialnej za utrzymanie dwoch par malych sprawnych i wyjatkowo wydajnych lapek w dostatecznej odleglosci od bezcennego laptopa, aby zapewnic maszynie wzgledne bezpieczenstwo.
Co okazalo sie niemozliwe, bo dzieci nagle i niespodziewanie w jakims szale rywalizacji o wzgledy Dziadkow, rozpoczely przepychanki w celu umieszczenia swoich facjat jak najblizej kamery. Pierwszy wiodl prym, bo oprocz nieodzownie urzekajacego usmiechu krzywych zebow ma te przewage, ze potrafi porozumiewac sie w ludzkim jezyku i roztapiac serca nawet najzatwardzialszych swoim “kocham cieeeeee.” Mlodszy tymczasem, wiedziony jakims pierwotnym instynktem, nagle uznal, ze czas nauczyc tego chudego wielkiego patyka porzadku, usilowal za wszelka cene wepchnac swe kulistych ksztaltow cialo pomiedzy chude czlonki brata i fotel, na ktorym wlaczyl o przetrwanie cudowny komputer. I tak przeszlismy przez kilka intensywnych fal przemocy w rodzinie (brat tlucze brata a ten mu oddaje), przeplatanych placzem i utyskiwaniami tego, ktory akurat znalazl sie pod wozem. Coz, pozostalo mi jedynie przeprosic za wrazenia estetyczne i dzwiekowe zupelnie w niezamierzony sposob zaserwowane rodzinie oraz, o, zgrozo!, przyjaciolce brata, czyli osobie potencjalnie niezainteresowanej i zakonczyc rozmowe.
Co uczynilam z ulga i potem na czole.
Burritos byly fantastyczne i nawet dzikie wrzaski Aleksandra i marudne utyskiwania Adama nie zepsuly mi przyjemnosci spozycia przyzwoitej kolacji.
Po kolacji przystapilismy juz do naturalnej nam procedury zaganiania dzieci do wanny w celu oczyszczenia ich cialek z dwudniowego brudu. I wtedy stal sie cud. Grubsze dziecko od dluzszego juz czasu cwiczylo akrobacje wymierzone w utrzymanie rownowagi jego nieporadnie uksztaltowanego ciala w pozycji pionowej bez pomocy matki/ojca/przedmiotu oferujacego wsparcie. “Niedlugo sie pusci,” stalo sie zreszta naszym codziennym niemal sloganem, ale wypowiadane regularnie jakos stracilo na mocy i nie mialo juz wlasciwie zadnego mistycznego znaczenia. I tak, podczas gdy ja stalam odwrocona plecami do swiata i skupiona na usuwaniu resztek burritos z talerzy, misek, patelni i sztuccow, niezastapiony J zas usilowal zdyscyplinowac rozbieganego Adacha, mlodsze dziecko kierowane jakas moca wewnetrzna, oderwalo sie ostatecznie od sciany i przeszlo na sam srodek kuchni, nieporadnie ciagnac swoje drobne stopki po kafelkach kuchennej podlogi i hustajac ponadgabarytowym tylkiem na boki. Coz, ze wstydem przyznaje, ze prawie przegapilismy ten doniosly krok, a w zasadzie kilka krokow.
Ktore, zreszta, zakonczyly sie malowniczym i ornamentalnym upadkiem na wspomniany wczesniej tylek.
Radosc trwala kilkanascie sekund.
“Brawo, bejbi, brawo! Sam, sam idziesz!!!”
Ale juz chwile pozniej niezastapiony J popatrzyl na mnie z przerazeniem w oczach i z gorzka rezygnacja w glosie powiedzial to, co powiedziec bylo trzeba:
-No, teraz to mamy przechlapane…
Tak w wieku 10 miesiecy, trzech tygodni i trzech dni, Aleksander Julian awansowal do grona osobnikow poruszajacych sie w pozycji wyprostowanej, czyli fizycznie przesunal sie do grupy osobniczej homo erectus.
Do homo sapiens duzo mu jeszcze brakuje…
02/12/07
Jeden z Drugim ida do fryzjera
Jeden zarosl tak, ze nie mozna bylo oczu dojrzec spod strzechy. Do tego siersciuch z niego tak potezny, ze niewazne jak bardzo sie starasz, wlos kazdy w inna strone. Mnie osobiscie nie przeszkadza taki stan rzeczy, samej daleko mi do fryzjerskiego oryginalu, ale opiekunka od jakiegos juz czasu zaczela znaczaco prosic o czapke przed zabraniem Adacha na spacer. Jako zem kobieta o domyslnosci kota, dopiero po jakims czasie stuknelam sie w glowe nie mocno, acz bolesnie i poszlam po rozum do glowy (nie, za duzo go nie przynioslam) i umowilam cala rodzine do fryzjera.
Bo Drugi tez zarosl. Nie jakos drastycznie, ale piekne rzadkie klaki nie dawaly sie juz uformowac w nic, co przypominaloby fryzure niemowlecia. I jakkolwiek intensywnie zaczesywalam te makaroniaste puchy, zawsze konczylo sie na kilku zalosnych strakach nierownomiernie rozlozonych na czole.
W okolicach poludnia zebralam swoje zmaltretowane marudna nocka w wykonaniu Drugiego czlonki – nagle przeszkadzala koldra albo reka wlazla jakims cudem wpomiedzy szczebelki i nie chciala wyjsc – i popelzlam ze zwieszona nisko glowa do zakladu fryzjerskiego “Neli.” Gdzie zasiadlam smetnie na fotelu i glosem niecierpiacym sprzeciwu zazadalam obciecia i przefarbowania mojej marnej, ciazami i karmieniem wyzyskanej siersci. Wedle planu niezastapiony J mial sie pojawic wraz z potomstwem za jakis czas i, korzystajac z chwil, kiedy farba wysysa resztki zycia z moich dawno niezywych zreszta wlosow, poddac sie czynnosci strzyzenia osobiscie i dopilnowac , aby Jeden i Drugi otrzymali podobne traktowanie.
Niezastapiony J wpadl ze znacznym poslizgiem i z doza piany na ustach:
-Jak? Jak? Do ciezkiej cholery, jak ty to robisz, ze jestes w ogole w stanie wyjsc z nimi z domu?
Rozciagam twarz w znaczacym usmiechu i delektuje sie tryufem skromnych moich niedocenionych umiejetnosci nad jedynym zywicielem rodziny.
-Nie wiem.-odpowiadam szczerze.
Niezastapiony J tymczasem wygrzebuje Drugiego z kombinezonu, podczas gdy Pierwszy juz siedzi ciotce Neli w szufladzie z walkami do lokow. Usmiecham sie bolesnie i pokazuje niezastapionemu J, ze niespecjalnie po drodze mi ku opiece nad dziecmi, bo na mej glowie zdecydowanie niebezpieczna chemia.
I zostaje zasypana takim monologiem:
-No to rzucam chlopakom haslo, ze wychodzimy. Alek juz przebrany po nieudanej probie nakarmienia pesto, Adachu w teorii wyglada dosc po ludzku. Stawiam towarzystwo na podlodze przy drzwiach wyjsciowych i zakladam Adachowi kurtke. Skubany ucieka, jak tylko umie. Nic to, lapie i wciskam na sile. Tymczasem Drugi znika z pola widzenia i uswiadamiam sobie to dopiero slyszac odglosy wody w lazience. “Alek!!!” wydzieram sie na cale gardlo, “nie baw sie w bidecie!” Ale na zale jest juz za pozno. Alek ma rekawy mokre do lokci. I stoi oparty o bidet i macha dupskiem w niepohamowanej radosci. Lapie Alka i przebieram z cierpliwoscia spowiednika sklerotyka. Tymczasem z przedpokoju slysze znajome “Papa, pee-pee, pee-pee!” porzucam zatem Alka ubranego do polowy i biegne odsikac Adama. Oczywiscie najpierw musze zdjac z niego zalozona z takim trudem i poswieceniem kurtke, potem spodnie (a Adachu przestepuje z nogi na noge jak stepujacy amant z miedzywojennych filmow) i kiedy juz wreszcie siedzi na klopku z nogami dyndajacymio radosnie i z ulga na twarzy, slysze, ze Alek wlasnie wlazl do szafy z butami i wywleka pare po parze, wszystkie nasze buty… Biegne szafie na pomoc, bo jak sie dobierze do wiszacych ciut wyzej koszul, to biada temu, co bedzie sprzatal. Stawiam Alka przy sofie, a sam laduje buty do szafy i usiluje ustwic je w jakis rozsadny sposob. Tymczasem do pokoju wbiega Adachu z gatkami i spodniami dookola kostek i prawie placzac wola “Posikal, ucieklo.” I rzeczywiscie jakas plama na gatkach, troche zbyt oczywista, zeby mu wmowic, ze to “sweaty pants.” Przebieram zatem Adacha, tymczasem Alek wpelza pod lozko i nie zaklinowuje sie pomiedzy pojemnikiem na pociagi Adacha i wielka paka pieluch. Pisk, kwik i awantura. Wyciagam z poswieceniem i wracam do Adacha w celu odziania dziecka. I zaczyna sie dyskusja na temat “ja tego nie ubiore…” Poddaje sie. Nastepne dobre 20 minut negocjacji i Adachu odziany w czapke z daszkiem koloru czerwonego, zolty szalik od cioci Rady, za krotkie spodnie w paski w odcieniach blekitu jest w miare gotowy do wyjscia a Drugi w cisniety w kombinezon jest upiety w wozku… Jak? Jak? Jak ty to robisz?
-Nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawda i ze stoickim spokojem.
A potem nastepuje akt po akcie.
Najpierw wlosow pozbywa sie niezastapiony J. Jako ze nasz kochana Neli czyni to nie pierwszy raz, wszystko idzie gladko i bez problemow. Nastepny w kolejnosci AHS dostaje naglego ataku nienawisci do maszynki do strzyzenia i zajmuje nam dobra chwile zlapanie Pierwszego wijacego sie jak piskorz pomiedzy stanowiskami do strzyzenia klientow. Zlapany, posadzony a potem…
O liczbie decybeli nie bede pisac, ci ze sluszna wyobraznia chyba sa w stanie sobie to wyobraziec. Obiecywanie jajek z niespodzianka, klockow lego dla odwaznych chlopcow i kolejnej wizyty na karuzeli nie mialo w ogole sensu. Tymczasem Drugi, z wrodzonym sobie spokojem obserwowal brata i chyba niczego nie mozna bylo wyc zytac z jego twarzy. Potem najspokojniej na swiecie poddal sie aktom strzyzenia i z nieukrywana przyjemnoscia obejrzal swoje odbicie w lustrze po zakonczonej procedurze:
Generalnie, fajny dzien. Produktywny. I efekty zdeydowanie widoczne.
Szkoda tylko, ze nie dostrzeglam, ze we wzmozonych obserwacjach starszego brata byl element nauki. Juz kilka godzin pozniej dowiedzielismy sie o tym. He’s learnt from the best. He’s learnt from you.
27/11/07
Skargi, wnioski, zazalenia, raport karny wystap II
Tym razem droga mejlowa.
cytat tej tresci: (…) Wiesz, Anka, ze tylko Ty tu zagladasz, nie?(..)
I musze, no musze to napisac: NIEPRAWDA ! ! !
Ewa, zupelnie szczere przeoczenie, blagam o rozgrzeszenie.
A w zwiazku z podwojeniem liczby czytelnikow, chyba zaczne pisac dwa razy wiecej.
25/11/07
Skargi, wnioski, zazalenia, raport karny wystap!
Bylam kiedys harcerka, na co dowod tutaj.
Kariery zawrotnej nie zrobilam, ale dorobilam sie wyjatkowo duzej kolekcji wspomnien.
Pamietam szczegolnie dokladnie obozy i wieczorne apele, na ktorych zawsze jednym z punktow bylo “skargi, wnioski, zazalenia, raport karny wystap.” Niewazne, co sie krylo pod tym pojeciem, niewazne jak rozumiano roznice pomiedzy skarga a zazaleniem, pojecie zas raportu karnego pozostanie dla mnie na wieki niezrozumiale. Kwintesencja przedsiewziecia bylo po prostu: Masz problem? Melduj teraz!
Dostalam wczoraj meldunek. Stad. Ze pisze w niedobra strone.
Meldunek przyjety.
Wniosek rozpatrzony. Pozytywnie!
Wbrew wszelakiej logice z mojego punktu widzenia czlowieka, dla ktorego poczatek jest na poczatku, a koniec na koncu, zmieniam uklad.
Szanuj czytelnika swego.
Jedynego!
Wiesz, Anka, ze tylko Ty tu zagladasz, nie?
24/11/07
Jak dwie krople wody?
Nie wiem, czy to emigracja sprawia, ze robie sie taka jakas marginalnie sentymentalna, a moze po prostu rdzennie polski obyczaj przedswiatecznych porzadkow w moim minimalistycznym tradycyjnie wykonaniu ma w tym roku te wyjatkowa postac, ale od kilku dni jestem po uszy zakopana w archiwach fotograficznych naszej rodziny.
Odkad przyszedl na swiat Adam, potem Alek, usilnie poszukuje jakiegokolwiek fizycznego podobienstwa swojej osoby do ktoregokolwiek czlonka naszej rodziny zwiazanego ze mna krwia. Im bardziej poszukuje, tym bardziej zastanawiam sie, czy moj drogi i niezastapiony JDS nie wciska mi tej dwojki w plecy, bo jakos siebie w moim wlasnym potomstwie dostrzec nie moge. Jednak droga skomplikowanych kalkulacji i niekoniecznie uzasadninych analogii doszlam ostatnio do wniosku, ze nawet Adam, ten wierny obraz wlasnego ojca, nosi w sobie geny rodziny B.
A moze tylko usiluje sobie to wmowic, zeby nie czuc sie wyobcowana…
Podobienstwo ponizszej dwoki pozostaje poza wszelaka dyskusja a jakiekolwiek watpliwosci nie maja prawa bytu. Jesli zas sie pojawia, niechaj zostana przemilczane dla dobra mojej rodziny.

Poszukiwanie podobienstwa pomiedzy Adamem a mna zas okazalo sie wyzwaniem prawie ponad moje sily.
Nie znalazlszy zbyt wielu dowodow na fizyczne powinowactwo pomiedzy mna a moim starszym synem (nic ponad jasna deklaracje mojego niezastapionego J, ktory twierdzi, ze Adam jest moim synem, bo widzial ktoredy przyszedl na swiat), obralam troche przewrotna droge udowodnienia samej sobie, ze moja fizyczna przynaleznosc do rodziny S nie jest jakims chorym wymyslem.
A pomogly mi w tym fotografie sprzed lat trzydziestu z mala gorka, prawdopodobnie wykonane reka AWB (szacunek!) za pomoca aparatu Smiena (szkoda, ze nie Zorka 5, moglabym wkleic ten link), ktory to aparat spedzil moje cale dziecinstwo w tzw. bufecie na wysoki polysk w mieszkaniu na pewnym torunskim osiedlu az do momentu kiedy zapisalam sie do kolka fotograficznego i siegnelam po ten nieoceniony sprzet po to tylko, aby ostatecznie dokonac jego zniszczenia (nie, nie celowego, jakos tak wyszlo).
A wspomniane fotografie wygladaja tak:


I niezwykle przypominaja pewna inna fotografie:

Ktora to fotografia przedstawiam Aleksandra Juliana, ktory jest bratem Adama Horacego, ktory jest zdecydowanie synem JDS. Zdaje sobie sprawe z niestabilnosci stwierdzienia o braterskim powiazaniu pomiedzy Adamem i Alkiem, ale zawsze moge siegnac po kolejny dowod fotograficzny.
Jak ten ponizej, na przyklad:

Dla scislosci: Adam po lewej, Alek po prawej.
Zatem skoro Adam przejawia podobienstwo do Alka, Alek zas to dosc wierna kopia mnie, kiedy bylam niemowleciem, wiec Adam i ja musimy byc do siebie podobni.
Na szczescie zawsze moge dokonac bardzo pokrzepiajacej w swych potencjalnych rezultatach analizy charakterologicznej i udowodnic Adama pochodzenie od rodziny B.
Ale na to potrzeba calkiem nowego posta.
22/11 07
Nasze skromne celebracje

Minal wlasnie trzeci rok naszego oficjalnego pozycia. Trzeci najlepszy rok pod rzad.
Pomimo miliona lyzeczek i trzykrotnie wiekszej liczby miotanych przeklenstw na okazje ochlapania calej kuchni musze przyznac: nie zamienilabym mojego zycia na zadne inne.
Wielkie podziekowania, JDS, mam nadzieje, ze podzielasz moj entuzjazm.
Wszystkiego najlepszego!
12/11/07
Zwariowac mozna
Adachu zabiera sie za dyskusje. Awanturniczo i bez umiaru.
W kwestii odzienia na przyklad:
-Ubieraj sie, synek, na dwor idziemy. Tu masz bluze.
-Adam want ta rdeca z bui-bui-bui-bui – i kreci prawa reka jakies kolka na brzuchu.
-Co to jest bui-bui-bui-bui? – pytam, wydaje mi sie, dosc rzeczowo.
-Bui-bui-bui-bui – i kreci dalej, rownie rzeczowo.
-Wez ubierz cos innego, skad ja ci teraz jakies bui-bui-bui-bui wytargam? Nie wyczaruje przeciez, a czas leci, zaraz sie zrobi zimno na dworze. – probuje przemowic do dziecka logicznymi argumentami nie do odrzucenia.
Na co Adach sciaga kurtke z Alka.
-Czemu to robisz? – protestuje.
-Bo sie poci, mama, Alek sie poci. – i kreci piruecik na prawej nodze – It’s hot hot hot!
-Dziecko, prosze, zaloz ten sweterek polarkowy, ten z misiem.
-Ne. Ne grem z misiem. Ne grem z misiem i konec slonec pampalonec. Rada says: konec slonec pampalonec. Papa says: That’s it. Mama says: Koniec dyskusji.
-Wlasnie, koniec dyskusji, ubieraj ten sweter i idziemy.
-Sweter-peter-pampaleter. Ne grem. Mama, please, give me bui-bui-bui-bui sweter. – i niezmiennie kreci po brzuchu.
-Jak taki jestes madry, to pedz i szukaj bui-bui-bui-bui. – staram sie zachowac zdrowy rozsadek, chociaz dosc trudne to w takich chwilach zadanie – i sam se zaloz, mnie sie juz nie chce z toba dyskutowac.
-Ale… ale… it’s dark in my bedroom. Mama, chodz z mano. – i wybalusza sie prosto w moja strone.
Alek pokwikuje i postekuje, bo chyba mu za cieplo, poza tym dotkniety nuda zaczyna przegrzebywac szuflady z klamotami, gdzie ukryty jest najcenniejszy, jego zdaniem, przedmiot, ktory jest nasz wlasnoscia, spray do butow w zielonym atomizerze.
-No to co, ze ciemno. – jakos jak dotad Adachu nie rozwinal fobii ciemnosci – co zlego w tym, ze ciemno.
-Something scary (musze, musze dodac, ze oczywiscie wyartykulowane jako: samping keri)
Znowu, znowu sobie cos ubzdural. Ostatnio nie chcial sam otwierac szafy, bo na polce lezala ksiazka z rysunkiem ryby, niespecjalnie udanym, no, moze rzeczywiscie lekko odrzucajacym, ale zeby sie zaraz bac?
-Chodz, pokazesz mi, co.
Adachu czepia sie mojej reki i ciagnie mnie do pokoju.
Gdzie pokazuje na kotka ze sztucznie poszerzonym usmiechem i zebami, w zamysle w sumie przyjemnego z wygladu, a jednak niekoniecznie.
A obok kotka jakies paskudne dinozaury, lwy, sztuczne szczeki, wampiry z przekrwionymi oczami.
Ale to kotek wywoluje afere.
Zabieram kotka i mowie:
-Ten kotek zostanie wyslany na emeryture, OK? Moze mu troche zeby zmaleja, wtedy wroci na polke.
-Ne, mama. Ne treba. Ne treba, dobra muca, samo obrni.
-Synku, moze bys sie zdecydowal, w jakim jezyku do mnie mowisz, co?
Wyszczerza na to zeby i odchyla filuternie glowe.
-Mama mowi polsku, papa mowi English, Rada mowi slovensko.
-A Bojan? -usiluje podtrzymac konwersacje, bo zaczyna mi sie podobac.
-Bojan mowi: bui-bui-bui-bui.
-Ale ja ciagle, widzisz, nie mam pojecia, co to jest bui-bui-bui-bui. Idz, poszukaj w szufladzie, bo czas wyjsc.
I na to wszystko slysze dochodzace z przedpokoju miarowe stukanie metalowego pojemnika o kafelki. Znak, ze Alek wyciagnal spray z szuflady i zabawia sie nim do woli. Jak zdejmie nakretke, pewnie zacznie ssac dozownik, a kto to wie, czego napchali do srodka… I zeby uratowac zdrowie, ba, zycie mojego mlodszego syna zwracam sie do pierworodnego:
-To ty tu se szukaj tego bui-bui-bui-bui, a ja zaraz wracam. – i zostawiam Adacha z odwroconym tylem kotkiem i blyskiemw oku.
Alek nakretki nie zdjal, ale spray lezy obok nietkniety, dzieciak za to grzebie namietnie w siatkowej torbie pelnej ubrudzonych pasta do butow scierek i slooikow z mazidlami. Juz, juz rozbraja sloik z czerwona tlusta mazia, kiedy dopadam tego cudu i wyrywam mu z lepkich lapek. Nienawykle do odmawiania sobie prostych przyjemnosci dziecko uderza w taki placz, ze niespecjalnie wiem, co robic. Siedzi w przedpokoju i macha wsciekle raczynami a z oczu toczy gigantyczne lzy. A w glowie mam tylko jedno, sasiadka z mieszkania obok, dla ktorej musze byc jakas wyrodna matka katujaca swoje dzieci regularnie, bo spoglada na mnie za kazdym razem podejrzliwie i wiecznie wypytuje a to skad zadrapanie, a to czemu placza… Podnosze brzdaca i tule, ale brzdac zamiast tego wyrywa sie i rzuca jakbym wbijala mu szpilki pod paznokcie.
Urwanie glowy…
W odruchu ostatecznym, bo cisza w pokoju Adama zaczyna mi dzialac na nerwy, porywam z ziemi dozownik, sprawdzam, czy nakretka siedzi dobrze i wreczam dziecku, na twarz ktorego wyplywa dziekczynny usmiech: “tak, tak, tak, wlasnie tego szukalem!”
Wracam do pokoju po Adacha…
…ktory siedzi zamyslony nad szuflada z ubraniami z mina zafrasowanego krolika.
-Tu nie ma bui-bui-bui-bui. Gdzie jest my bui-bui-bui-bui?
-Synku, jakiego koloru jest ten twoj bui-bui-bui-bui?
-Rdec. – i kreci kolka na brzuchu.
-A gdzie go ostatnio widziales?
-Tu. – i pokazuje na swoj brzuch.
Odchodze od zmyslow. Zakladam w duszy, ze sytuacja z Alkiem zostala opanowana, ale z Adachem jakos nie moge dojsc do ladu.
-Ptaszku, czy bui-bui-bui-bui ma kaptur?
-Nope, mama, thank you.
-A jakies sa na nim rysunki?
-Yes, mama, thank you.
-A jakie?
-Bui-bui-bui-bui. – nie bede juz moze dodawala, co robi prawa reka.
Wzdycham i siadam zrozpaczona. Mysle goraczkowo i wpadam na pomysl, zeby zerknac w praniu.
Razem z Adachem przegladamy kosz z brudna bielizna, a kiedy to robimy, Alek przypelza zainteresowany do granic mozliwosci i rozwleka brudne pranie po calej kuchni. Bui-bui-bui-bui nie ma…
Moze schnie na sznurku?
Lapie Alka, usadzam bezpiecznie na biodrze, chwytam Adacha za reke i schodze na polpietro zajrzec do niewielkiej suszarenki. Kiedy poprzedniego dnia rozwieszalam pranie, nie bylo niczego na linkach, zajelam wiec linki zupelnie z tylu. Teraz suszarenka jest wypelniona po brzegi, wiec musze przedrzec sie przez gaszcz zwisajacych z linek gaci, recznikow, koszul, przescieradel i innych malo interesujacych szczegolow garderoby.
Bui-bui-bui-bui nie ma na sznurku.
Nie ma w szufladzie, nie ma w praniu, nie ma w suszarence, gdzie jest ten cholerny bui-bui-bui-bui?
Wracam do domu i chwytam za telefon. Dzwonie do niezastapionego J.
-Masz pojecie, co to jest bui-bui-bui-bui?
-Nie. Co to takiego bui-bui-bui-bui?
-Jak bym wiedziala, to bym do ciebie nie dzwonila, cholera jasna.
-Spokojnie, a po co ci ten bui-bui-bui-bui?
-Zeby wyjsc na dwor.
Adachu tymczasem wybausza na mnie z zainteresowaniem oczy i czeka na rozwiazanie problemu niemal z zapartym tchem.
-Powiedz cos wiecej. Moze na jakis pomysl wpadne.
I wykladam historie niezastapionemu J.
J zas, jako czlowiek latwych i skutecznych rozwiazan, rzecze:
-A ubierz mu w cholere sweter z misiem i idz.
…
Tak tez w koncu robie. Wbrew protestom, lkaniom, krzykom, zawodzeniu i sasiadce drzwi obok.
Idziemy na spacer. Ktory Alek spedza z dozownikiem spray’u do butow w rekach, a Adachu z buzia w podkowke.
Tego samego dnia siadamy do przedkolacyjnej narady.
-Adachu, co bys zjadl na kolacje?
-Hmmmmmm… Bui-bui-bui-bui?
Opadam z sil, niech mnie ktos stad zabierze…
25/10/07
Wez wyluzuj, Taz…

Intensywnie szukam pracy.
Co w moim przypadku oznacza zarejestrowanie sie w agencji organizujacej targi pracy dla nauczycieli, zlozenie wszystkich dokumentow i referencji i czekanie na owe targi. Proste, nie?
Cholera, wcale nie.
Otoz okazuje sie, ze wypelnienie formularza rejestracji jest tylko wierzcholkiem gory lodowej, bo natychmaist nalezy przypomniec sie swoim referentom, niektorym z wyjatkowo odleglej przeszlosci, grzecznie poprosic o powtorne referencje, zagaiwszy najpierw w szczegolnie osrozny sposob, a potem czekac w lasce i nielasce, bo niesposob skalkulowac w jakim nastroju bedzie akurat czytajacy i czy grzecznosc nie wyprowadzi go z rownowagi, albo nie wprowadzi w nastroj radosny, a moze wysmieje ekwillibrystke slowna.
I tak, uwiazana do komputera przez wiekszosc dnia rozwiazuje te sen z powiek spedzajace lamiglowki. I pisze dlugie mejle do tych, ktorych pamietam jako wylewnych i jowialnych. I krotkie, rzeczowe informacje do tych, ktorzy nie maja czasu z natury. NIestety, nagle okazuje sie, ze ten jowialny i rozgadany ma akurat na glowie jakas arcywazna prace naukowa i nie pasuje mu czytanie rozwleklych, okraszonych fantastycznymi epitetami listow-pian na swoja czesc, natomiast ten rzeczowy nagle stwierdza, ze musi koniecznie wiedziec cos wiecej o mojej karierze, odkad ostatni raz uscisnelismy sobie dlon.
Masz babo placek.
W ten sposob sama juz nie wiem, co i do kogo powinnam pisac, a do calosci mojego zmieszania nalezy koniecznie dolozyc fakt, ze jestem matka dwojki dzieci, wyjatkowo pomyslowych, wyjatkowo samowystarczalnych i… jak by to ujac… odczuwajacych wyzsza potrzebe wiecznego komplikowania zycia innych istot sama swoja obecnoscia.
Adachu… ma mi nagle wiele do powiedzenia.
Lista zakupow…
-Smarties… Makaron kolka… Pesto… Pikle… Ksiazka o alfabecie… – i wlepia te swoje gigantyczne oczyska w sufit, jakby wlasnie tam byla jakas wsciekla kopalnia pomyslow. I wygina te swoje niewielkie paluszki w skomplikownych wyliczeniach.
Przygody Adacha w trakcie wczorajszej kolacji…
-Alek popsul papy szklanke, buch!!! o tak, na podloge, mokro, woda wszedzie! I papa: Adam, Adam stay in the highchair!, ale Adam nie, Adam out! Adam out i na podlodze woda byla i papa brrrrrrrrrrr – i prezentuje w jaki sposob papa zamknal bramke na wysokosci wejscia do kuchni, zeby Adachu nie krecil sie po mokrej podlodze – o, tak, brrrrrrrrrr… – i zalamuje rece w gescie niemocy.
Adacha opowiesci o poranku…
-Papa do praca rano. Myje sie, myje. Shave face, o, tak! Adam tez do pracy, tez, tez. Spodnie, buty, tinky-winky bag, a tam gdzie telefon? gdzie telefon? Nie ma! Nie ma! Alek zjadl, Alek pozarl!
Oczywiscie brak interakcji z mojej strony powoduje nagly atak frustracji. I ciaga mnie za rekaw, za noge, za wlosy.
-Mama, mama, mama, mama, mama, mama, mama…
A ja przy tym stukam jakies “szanowne pany” i “wielce wdzieczna” i nie mogac sie skupic, w koncu pytam:
-Co, synek?
A synek na to nagle porzuca cala swoja aktywnosc i patrzy na mnie zaskoczony, ze w ogole dostrzeglam jego obecnosc.
-Co: co? – i czeka na jakas rewelacje z mojej strony…

Dolozmy do tego Taza. Taz jest jak niepowstrzymany, nakrecany samochodzik. Porusza konczynami niezaleznie od wszystkiego a postawiony niewazne gdzie, zaczyna natychmiast krazyc namietnie po okolicy. Z upodobaniem do kabli, ostrych krawedzi, wlaczonych lamp, ekranu telewizora, niezabezpieczonych szuflad, muszli klozetowej (tu ze wskazaniem na odswiezacz do muszli…), kurka na bidecie…
Chlopaki igraja w miare spokojnie na podlodze. Jakies klocki, ukladanki, nic specjalnie niebezpiecznego. odwracam sie chichcem od nich i zaczynam pisac grzecznosciowego mejla numer dziewiec w odpowiedzi na rownie grzecznosciowego mejla. Zapisuje dwie linijki tekstu (bez specjalnego myslenia przy tym, ot, kurtuazja pelna, zadnej tresci), a w tym samym czasie zdesperowany Taz zasuwa na czworakach do kuchni, gdzie wyciaga mi mokre pranie na srodek niemytej od paleolitu podlogi. Albo w oka mgnieniu wspina sie na palce, chwyta brzegu stolu kuchennego, podciaga w niewiedomy sposob, chwyta korkowa mate i sciaga ja na dol rozlewajac przy tym wode z wazonu z kwiatkami. Dobrze, ze to nie byla goraca zupa i dobrze, ze nie splynela wodospadem na jego otyle czlonki. Albo w jakis sobie tylko zrozumialy sposob przewraca lampe stojaca, ktora pada ornamentalnie na podloge jakies 15 centymetrow od sterty rysunkow Adacha. Szlag trafia cholerna halogenowa zarowke, szlag trafia wykladzine, szlag trafia mnie.
-Adach, nie psuj mi lodowki! (slysze, ze otwiera do niej drzwi).
-Nie psuwam.
-A co robisz.
-Naprawiam.
-Ale jak?
-No, takie tutaj wystaje something (niezmiennie artykulowane jako ’samping’)
Wystajace samping okazuje sie byc kablem od czujnika na tylnej scianie lodowki…
I tak moglabym mnozyc jeszcze przypadki, w ktorych tylko przewracam znaczaco oczami i modle sie do sil wyzszych i nizszych o cierpliwosc, sile i zdrowie psychiczne.
Nie moge tego jednak zrobic teraz, bo kiedy sie tutaj tak zawziecie skarzylam, moj powiadamiacz zamrugal trzy razy. Trzy wiecej grzeczne mejle do napisania. Wracam do lamiglowek, poki Taz odsypia, a Adam sprzata swoj pokoj…
16/10/07
Zeby nie bylo, ze sie obijam
Przytargalam wlasnie swoje zasniete na dobre, jedenastokilowe, dziewieciomiesieczne niemowle do domu, a ze wczesniej zostawilam swojego dwunastokilowego prawie-trzylatka pod opieka cudownej Rady, wiec nagle znalazlam sie z jakas godzina wolnego w rekach nienawyklych do obracania dobrem az tak poteznej wartosci. W pierwszym odruchu wyciagnelam odkurzacz, ale przeciez dopiero 9 rano, a sasiedzi juz maja mnie za wariatke, bo o 6 rano wieszam pranie i pieke ciasta w okolicach 22. Szczesliwie komputer stal sobie niewzruszony, wlaczony od nie wiem jak dawna i mrugal do mnie czerwonym swiatelkiem rozladowej myszki, a skoro juz wcisnelam ja do ladowarki i zaczela mrugac do mnie ciut bardziej przyjaznie, bo na zielono, wiec jednak usiadlam i pisze…
Nie, nie zebym nie miala o czym. Szczerze mowiac, nie wiem, od czego zaczac…
Adam wydoroslal nagle i niespodziewanie, czym wprawil mnie w glebokie oslupienie. Nagle mam pod nogami chlopca, ktory sam sklada trzydziestoczesciowe puzzle i opowiada niestworzone historie. Szkoda, ze o 6 rano, w naszym lozku… ale wlasciwie to i tak nie ma wiekszego znaczenia, bo adamowe bajania zazwyczaj poprzedzone sa alkowym odpaleniem silnikow, kiedy to dziecko po porannym (wczesnoporannym, zeby nie wprowadzac nikogo w blad) mleku w ilosciach przemyslowych, odpala silniki. A mianowicie staje na czworakach i hustajac sie rownomiernie do przodu i do tylu wydaje z siebie odglosy godne boeinga 747 na 10 sekund przed startem. Nie na darmo tez nosi przydomek diabla tasmanskiego, bo juz w kilka sekund po starcie (nieuniknionym i zawsze udanym) dobiera sie do twarzy najblizszego rodzica w celu usuniecia z niej skory, wylupienia galek ocznych, wyrwania wlosow z nosa, jezyka z ust, wepchniecia malych, parowkowatych paluchow wprost w uszy i wyrwania wlosow z glowy, ewentualnie klatki piersiowej rodzica plci obdarzonej takim dobrodziejstwem. Burczy przy tym i chrzaka, i zasmiewa sie do lez i wielka osliniona jama ustna laduje na twarzy zaskoczonego rodzica i zaczyna swoje ostrzenie zebow i tarcie dziasel, i slychac trzask lamanych kosci i wyrywanego ciala i zaczyna sie krwawa jatka… No, dobrze, moze troche dodalam, ale o 6 rano taka mam percepcje zachowan mojego dziecka.
A wszystko tak dlugo, az jego oslinione usta trafia w zupelnej ciemnosci naszej sypialni na czesc ciala nalezaca do Adama… I wtedy zaczyna sie prawdziwy spektakl. Obydwaj zasmniewaja sie jak opetani, ganiaja tam i spowrotem po lozku nie baczac na obecnosc zmasakrowanych cial rodzicow ulozonych skromnie na kilku centymetrach kwadratowych powierzchni materaca, sieja zniszczenie i pozoge. Gryza sie przy tym wzajemnie, szarpia ubrania, miazdza nawzajem i opluwaja. I tak az wreszcie nastepuje tradycyjne przesilenie i ten silniejszy przekracza cienka granice miedzy przyjemnoscia a bolem. W tym lekko sado-masochistycznym zwiazku braterskim to Alek jest tym silniejszym. Zatem po jakims czasie turlania sklebionych cialek slychac nieuniknione:
-Mamaaaaaa! Alek uzarl!!! Mocnoooo! Bonk, bonk, bonk! Caluj!!!
I Adam oddaje sie spazmom na poscieli, a Aleksander, nie baczac na wolania pokonanego kontynuuje swoja niecna praktyke maltretowania wlasnego brata.

Mialam kiedys zasade, ze nie wtracam sie w porachunki pomiedzy w miare rownymi sobie tak dlugo, jak nie poleje sie krew, jednak po pewnym wydarzeniu na wakacjach zrobilam sie troche bardziej ostrozna.
Otoz pewnego poranka na uroczej wyspie Korczuli odziewam mojego mlodszego syna w koszulke z rysunkiem slawnego tramwaju z San Francisco. Patrze na tluste przedramie mojego dziecka i ku mojemu zdziwieniu, dostrzegam na nim gigantyczny znak wielkosci pieciozlotowki w kolorze filetowo-sinym. Wpadam w panike i wolam mojego meza, bo juz mam wizje ukaszenia skorpiona, dzikiej mrowki, wscieklej wiewiorki, zapchlonego srebrzyka, czegokolwiek…
Maz z mina znawcy i przymruzonym prawym okiem bada sprawe i po chwili namyslu rzuca:
-Ja tu widze slady ludzkich zebow.
Patrzymy na siebie w milczeniu i obserwujemy w sobie nawzajem narastajacy niepokoj. I razem, dokladnie w tym samym momencie obracamy glowy w kierunku igrajacego niewinnie na podlodze Adacha, ktory spiewajac o pajaku i padajacym deszczu, rysuje kwiatki na kartce.
I tak musialam zmodyfikowac moja teorie o nieingerencji o nowy punkt. Otoz staje sie ciut bardziej ostrozna i chetna podjac mediacje, kiedy zbliza sie termin wizyty u lekarza. Jak by to wygladalo… niemowle z takim siniakiem. I to tlumaczenie… Bo brat go ugryzl… Tak, bo zupa byla za slona…
Wracajac do mojego meza… Ten ma cierpliwosc, ten ma chlodne podejscie… Odbylismy niedawno nastepujacy dialog:
-J, Adam wlasnie polknal jednego centa. – nie popadam w panike, ale mam zdecydowany niepokoj w glosie.
-Ile?
-Jednego centa. Malego, zoltego.
-A wez ty mi nie zawracaj glowy. Jak zacznie jesc papierowe, to sie bede martwic.
I tak toczy sie nasze zycie. Nowy niebieski tylek juz sie troche postarzal, ale ciagle jeszcze jest zrodlem radosci. Szczegolnie wtedy, kiedy nieprzewidywalny diabel tasmanski, na kilka minut przed wejsciem do wanny, caly nagi i rozlewajacy sie na boki faldami tluszczu, pedzi z predkoscia speedy gonzalesa za rownie nagim patyczakowatym Adachem i usiluje go chapnac w tenze tylek. Maly, chudzienki tylek Adacha jest dla Alka ciagle jeszcze nieosiagalnym celem, na szczescie, ale z niejakim niepokojem oczekuje momentu, kiedy Alek ostatecznie wygra z grawitacja i na przekor wlasnego gigantycznego tylkowi zacznie porzebierac nogami i biec za Adachem. O, biada Patyczakowi!

Ktory, zreszta, potrafi byc wyjatkowo uparty.
-Adach, chcesz siku?
-Nie, mama, dziekuje…
-To czemu sie za trabe trzymasz?
-Bo mi troche ucieklo…
Albo dosc czesty obraz w naszym domu w okolicach kolacji. Adach biegnie z entuzjazmem do talerza na stole. Jesli jednak talerz nie jest wypelniony makaronem z sosem pomidorowym, ewentualnie kotletem schabowym lub curry, reaguje bardzo agresywnie.
-Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego mi to ugotowalas? – i patrzy na mnie z wyrzutem i prawdziwymi lzami w oczach. I zalamuje rece w blagalnym gescie… – Przeciez wiesz, ze ja tego nie jem…
Trudno byc matka.

14/08/07
W co uparcie wierzy moje dziecko

Nagla kumulacja wizyt krewnych i znajomych odsunela ode mnie konieczcznosc spisywania najwazniejszych wydarzen z zycia moich dzieci. I pewnie w dalszym ciagu zostane dorywczym kronikarzem, bo nagle okazuje sie, ze okres wakacji to nienajlepszy okres na wyszukiwanie wolnej przestrzeni czasowej w napietym planie dnia. Trudno usiasc i wypic kawe, nie mowiac juz o calej cudownej godzinie przed komputerem…
Przez ostatnie dwa miesiace doswiadczylismy tutaj prawdziwego rozkwitu milosci braterskiej. Z malo zrozumialych dla mnie przyczyn nagle chlopaki potrafia patrzec sobie prosto w oczy oprzez dlugie minuty i przemawiac do siebie czule, i odwzajemniac przeurocze usmiechy. Zaczelo sie od fiksacji Alka na punkcie Adama (eh, coz za niedoscigniony wzor ten facet na cienkich nozkach poruszajacy sie z predkoscia swiatla ganiany przez te od biustu i obslugi…), ktora objawiala sie przede wszystkim ciaglym zachwytem w oczach szesciomiesiecznego niemowlecia na sam widok obiektu uwielbienia. I tak zaryczanemu, zasmarkanemu po brode i nieszczesliwemu do szpiku kosci Alkowi wystarczy pod nos podetknac facjate Adacha i juz… na puculowate lico wyplywa najpiekniejszy usmiech swiata. Oczywiscie wzajemnosc fascynacji potrzebowala troche czasu, zeby dojrzec, ale milo mi doniesc, ze posrod notorycznych epizodow wojen o zabawki, zdarzaja sie rowniez wzruszajace momenty niekontrolowanej milosci…

Wojna o zabawki? Ah, no wlasnie… Odkad Aleksander nabyl niezwykla umiejetnosc przemieszczania sie (ewolucja zreszta ktorej zasluguje na wspomnienie…), Adacha pozycja jako tego, ktory dzierzy piecze nad calym tym dzieciecym inwentarzem zostala zagrozona. Najpierw z wysilkiem i twarza szurajaca po podlodze, pozniej z wieksza gracja, jak maly gruby pyton, potem skokowo, jak foka, rzucajac sie do przodu i wreszcie w przemyslany sposob na czworakach, Alek podaza uparcie za upatrzonym przedmiotem. Pech chce, ze zazwyczaj upatrzony przedmiot jest dokladnie tym, czego Adachu potrzebuje najbardziej. I tak zaczyna sie wojna, ktorej szczegoly przemilcze, bo mam zasade nie wtracac sie miedzy dzieci, dopoki nie pojawi sie krew. Napisze tylko, ze Adacho zostal juz niejednokrotnie sponiewierany przez mlodszego brata, ktory gryzie, szczypie, targa za wlosy, ssie i uwala sie calym swoim ponadwymiarowym cialem na przeciwnku. Odpowiedz Adama zazwyczaj ogranicza sie do lkania pokrzywdzonego, ewentualnie subtelnego popchniecia Aleksandra. Hmmm, chyba przestane puszczac mu przygody Misia Uszatka, gdzie wyjatkowo dobrze wychowany Prosiaczek odmawia uderzenia Jamnika, bo on przeciez taki maly… Choc w przypadku moich dzieci argument wielkosci jest jakos niespecjalnie stosowny…

Za to umyslowe starszenstwo Adama rzuca sie w oczy. Moze przemilcze strone emocjonalna, bo ciagle jeszcze z wrodzonym sobie talentem, ktorego pozazdroscilaby mu Greta Garbo, Adachu potrafi w ciagu sekundy zaminic niewielka rzecz w najwieksza tragedie tego swiata. Ale z zaleznego od mamy, papy i pieluchy chlopca, w ciagu ostatnich szesciu miesiecy Adachu przeistoczyl sie w samodzielnego, malego mezczyzne, kory nie tylko nie nosi pieluch za dnia, ale rozniez sypia w prawdziwych chlopiecych majtkach. Bez wyjatku! Co wiecej, publiczna urynacja wzbudza w nim wyjatkowe zainteresowanie, stad niemal natychmiast po opuszczeniu budynku Adachu zaczyna swoja niekonczaca sie mantre “pi-pi drzewo! pi-pi drzewo!” i nie ustaje w swoich zadaniach dopoki nie spusci spodni i nie odda kilku honorowych kropelek na lonie natury. O ile jest to dopuszczalne w wieku lat dwoch i pol, z czasem chyba bedzie trzeba wytlumaczyc dziecku, ze zalatwianie swoich potrzeb mna rowniez cywilzacyjne uwarunkowania i robi sie to w zaciszu domowej toalety albo jakimkolwiek innym miejscu ku temu przeznaczonym…

Mialam w zasadzie nie wspominac o tym, ale przezyje jakos to zazenowanie i dodam, ze moje dziecko upodobalo sobie siusianie w dziwnych miejscach. Ljubljana jako miasto nie jest specjalnie ciekawa, ale jedna z jej niewatpliwych atrakcji jest potrojny most. Otoz Maz moj niezastapiony zabiera Adacha na fotografowanie tegoz mostu, podczas gdy ja stoje dobre 20 metrow od nich z Alkiem zapakowanym do wozka. I podczas gdy niezastapiony J kreci obiektywem na wszystkie strony, Adasiek najspokojniej na swiecie wciska swoje cialko pomiedzy slupki balustrady tegoz mostu i ku mjemu zaskoczeniu najwiekszemu na swiecie… obserwuje rosnaca mokra plame na brzegu mostu… Kilka dni pozniej najspokojniej na swiecie sciaga portki stojac po kolana w wodzie jeziora Bohinj i oddaje sie przyjemnosci publicznego siusiania do wod pieknego alpejskiego jeziora. Wdzieczna jestem wlasnemu dziecku, ze mialo na tyle przyzwoitosci, zeby odwrocic sie plecami do brzegu…

Aj, mialo byc o tym, w co wierzy Adach… Tymczasem nieopatrznie spedzilam ponad pol cennej godziny na pisanie o niczym…
Otoz w trakcie szkolenia nocnikowego Adachowi zdarzalo sie popuscic kilka smetnych kropelek w majty. Zdarza sie najlepszym zawodnikom, prawda? Jednak dla Adama taki akt byl oczywista tragedia i kazdorazowo konczyl sie zmiana majtek, bo przeciez w mokrych nie bedzie chodzil… Wkrotce jednak przekonalam sie, ze nawet tak wiele, jak 30 par majtek, to ciagle za malo na takie reakcje i musialam szybko wpasc na jakis szalony pomysl. W akcie kompletnej desperacji pewnego dnia spojrzalam na gatki Adacha z malenka plamka na froncie i powiedzialam “Eh, tylko ci sie troche majtki spocily…”
Uwierzyl.
I tak pojecie “sweaty pants” na zawsze trafilo do leksykonu Adasia.
Jednak dosc szybko Adam zaczal owych sweaty pants naduzywac i trzeba bylo wynalezc jakis inny sposob. Tutaj na wysokosci zadania chcial stanac niezastapiony J i pewnego pieknego dnia wcisnal dziecku gleboko w swiadomosc informacje, ze jesli bedzie zbyt czesto produkowal sweaty pants, trzeba bedzie mu wymienic pupe, bo zadna pupa nie wytrzyma takiego nawalu wilogoci.
I tu nastapila kompletna fiksacja dziecka na punkcie nowego pupska…
Po kilku dniach Adam nie byl juz w stanie skupic sie na niczym innym, jak tylko pomysl posiadania nowego tylka. Musze dodac koniecznie, ze nowego NIEBIESKIEGO tylka. Budzil sie z tym pomyslem na ustach, opowiadal mi przy sniadaniu, ojcu przy kolacji (new blue bottom) i opikunce podczas spacerow (nova plava ritka). Po czasie owa czesc ciala zaczela pojawiac sie wspolnie z czasownikiem “kupic” i tutaj zaczelismy goraczkowo szukac wyjscia z tej sytuacji, bo glupio tak dziecku klamac…
Rozwiazanie nadeszlo niemal samo pewnej pieknej niedzieli podczas naszej rutynowej wyprawy samochodowej. Podziwiajac przeurocze zakatki doliny rzeki Vipavy nie zauwazylismy, ze male ludziki z tylu, chyba znudzone taka bezproduktywna jazda w srodku dnia, zasnely snem spokojnym…A kiedy sie obudzily, Adachu usyszal najbardziej niemozliwa ze wszystkich historii, ktore kiedykolwiek musialam komukolwiek sprzedac w celach niecnych lub bardziej uczciwych.
-Adamku-rzecze Papa – szkoda, ze przespales cala podroz…
Adamek wybalusza oczy, ciagle jeszcze zaspane i zasnute mgielka popoludniowej drzemki podczas skwarnego dnia…
-Bo zatrzymalismy sie przed wielkim sklepem i kupilismy ci nowych, niebieski tylek. Juz zamontowany! O, tu! – i J klepie Adacha po tylku.
Ogladal swoj tylek przez caly dzien. I pamieta do teraz…
11/06/07
O wladzy rodzicielskiej i nie tylko…
Nie wiedziec czemu, nagly wybuch lata obfituje niemal zawsze w naplyw interesujacych wiadomosci od krewnych i znajomych krolika. A moze tylko ten naplyw lata sprawia, ze czytam ciut uwazniej, bo wyjscie na dwor , zazwyczaj przyczyna pobieznego wertowania listow z Polski, tym razem grozi udarem slonecznym, wiec zamiast biegac po parku za Adachem i rozplywac sie na widok spiacego uroczo w wozku pod drzewem Alka, zaglebiam sie w problemy innych…
Zreszta to w zasadzie niewane, bo mialo byc o innych, a ja znowu, uparcie o sobie, taki ze mnie ekshibicjonistyczny egzemplarz.
Otoz kolezanka Z utyskuje na tesciowa.
Bo tesciowa siedzi u niej w domu przynajmniej cztery godziny dziennie i prasuje juz wyprasowane rzeczy (”bo nie doprasowalas”), doprawia i poprawia obiady (”bo za malo slone”, “bo cos bez smaku”), ostentacyjnie wodzi palcami po polkach w poszukiwaniu sladow kurzu i niezmiennie doprowadza kolezanke Z do bialej goraczki.
-Chyba jej kiedys trzasne! – denerwuje sie kolezanka Z.
-A P co na to?
-P? P twiedzi, ze ona tylko chce pomoc i wychodzi do pracy zostawiajac mnie z mamuska i siedmiomiesieczna coreczka.
Poradzic da sie niewiele. Przegnanie tesciowej na cztery wiatry i poszczucie psami moze skonczyc sie zle dla zwiazku. Bo co jak sie maz zbuntuje? Delikatna rozmowa juz byla, ale jakos marnie poszlo. Bo “przeciez ona tylko chce pomoc…”
Trzeba zatem, mysle sobie i jednoczesnie stukam emalje do Z, zrobic sobie z tesciowej gosposie!
“Moze mama pomoc ugotowac obiad? Bo cos zabiegana jestem i jakos mi ten krupnik nie idzie, a jak mama zrobi, to palce lizac” i prowadzimy tesciowa do kuchni, gdzie juz czeka na nas filizanka z kawa i gazetka. Ah, jeszcze koniecznie trzeba wychodzacz kuchni rzucic, “I jakby mam mogla upiec te fantastyczne buleczki, one takie pyszne z krupnikiem, a X mowi, ze one takie najlepsze na swiecie i ja sie zgadzam, moje nigdy nie wychodza takie chrupiace!” W ten sposob jesli tesciowa ze szczerych, choc przez nas nie do konca zrozumialych pobudek pragnie pomoc, bedzie usatysfakcjonowana. Jesli zas pod kolderka cukru czai sie miazdzaca krytyka w stylu “nigdy-nie-zajmiesz-mojego-miejsca-w-zyciu-mojego-syna”, tesciowa pewnie szybko sie znudzi i odda pole prawowitej wlascicielce.
Latwo mi teoretyzowac. Moja tesciowa mieszka spokojnie po drugiej stronie wielkiego stawu i nawet zagrozenie wizyta jakos mnie nie przeraza, bo jestem w stanie wykrzesac z siebie na tyle dobrej woli, zeby przetrwac z nia pod jednym adchem przez jakis skromny tydzien. Swoja droga ciekawe jak milosc do tesciowej rosnie wprost proporcjonalnie do odleglosci od synowej…
I tak moja tesciowa nie ma nade mna wladzy…
Druga ciekawa wiadomosc pochodzi od kolezanki L, swiezo poslubionej swojemu mezowi.
Otoz L zatrwozona pisze w czarnej rozpaczy, ze w komputerze jej malzonka jest caly folder ze zdjeciami jego bylych dziewczyn! Tu objeci, tam usmiechnieci, cali szczesliwi, na wakacjach we Wladyslawowie, na pieszej wedrowce w Bieszczadach, przed domem jej babci w Otwocku. I co ona ma teraz zrobic? Przeciez dopiero co sie pobrali?
Zawsze zastanawialo mnie gleboko, co sie dzieje z tymi wszystkimi zdjeciami, kiedy zmieniamy partnera. Nawet jesli wyrzucimy je do smieci, spalimy na stosie zapomnienia i pogardy dla wszystkiego, co zle, gdzies pewnie zostanie jakas kopia, a to u znajomych, rodzicow, jakies wcisniete w kat zdjecie…
Czy zacieranie dowodow ma jakies sens? Z duzym prawdopodobienstwem wstepujac w jakis zwiazek z inna osoba, bedziemy mieli do czynienia z jakas przeszloscia, z kims, kto przed nami spal z nim/nia w jednym lozku, trzymal za reke, mowil, ze kocha i nie opusci. I zapewne otrzymywal rownie piekne odpowiedzi i gesty w zamian.
Czy to juz powod do zazdrosci?
Zagladam do naszego fotograficznego archiwum. Bez zazdrosci.
Pewnie gdybym poprosila J o usuniecie wszystkich fotografii z przeszlosci, zrobilby to bez mrugniecia okiem. Tylko po co? Czym sa? Miejscem na dysku, kilkoma bitami, jedyna fizyczna pozostaloscia.
Liczy sie to, co jest teraz. A nad tym nie mamy tak naprawde kontroli. Ze zdjeciami, czy bez pamietamy wszystkich przeszlych partnerow.
Ale nie maja nad nami wladzy.
Chyba ze jest cos, o czym nie wiemy, ale to juz temat na inny dzien.
Odpisuje zatem biednej zaplakanej L, ze powinna raczej szerokim lukiem omijac komputer meza i wykazac sie minimum zaufania.
I jeszcze o wladzy rodzicielskiej…
Od kilku tygodni nasza starsza latorosc poddaje nas najwiekszym torturom, jakie mozna sobie wyobrazic w wykonaniu dwuipollatka. Nasilenie “nie” w jego leksykonie zatrwaza. Podobnie jak wszechogarniajacy ped do destrukcji.
Niestety, w ostatnich dniach nowym obiektem Adachowych atakow staje sie Alek. I tak dziecko numer jeden z usmiechem na ustach laduje dziecku numer dwa cala piesc do buzi. Po czym szczypie go w poteznych rozmiarow udo. I jeszcze sprawdza, co sie stanie, kiedy zabierze spiacemu Alkowi smoczka. Albo nakarmi go ciastkiem ryzowym…
Przeczytawszy dobre szesc ksiazek o zazdrosci i rywalizacji miedzy rodzenstwem, a nade wszystko o sposobach radzenia sobie z nia, nie jestem ani troche madrzejsza.
Chyba wszystko robimy poprawnie. Jest czas tylko papa-Adam. Jest czas tylko mama-Adam. Jest przyzwolenie na male regresy. Jest podkreslanie roli starszego brata, chwalenie za kazde osiagniecie.
I nic…

Miniony weekend zostal zatem naznaczony wielkim wybuchem po kilkutygodniowym nawarstwianiu sie frustracji.
Adachu byl nieznosny.
Miauczal, piszczal, lamentowal w sobie tylko wlasciwy sposob, ktory sprawia, ze masz ochote popelnic dzieciobojstwo, albo przynajmniej wetknac sobie zatyczki do uszu, wylupic oczy i pozbawic sie czucia poprzez wylanie kotla wrzatku na swoje cialo. Wyjscie na zakupy przy sobocie zajelo nam blisko 80 minut, bo nocnik byl “nie”, pieluchomajty tez “nie”, buty za niebieskie, skarpety za ciasne, czapka niedobra, kapelusz jeszcze gorszy i milion jeszcze powodow, dla ktorych wyjscie z domu bylo dla Adacha Everestem. Na zakupach zas, mimo nie popelnienia przez nas zadnego kardynalnego bledu wychowawczego rodzicow z dzieckiem w sklepie, skonczylo sie na pokazowym rzucie dziewiecdziesiecioosmicentymetrowego cialka na podloge i spazmach, bo po godzinie szwendania sie bez sensu po duzym centrum handlowym, trzeb bylo wreszcie wyjsc na swieze powietrze…
Wczorajszy wieczor przyniosl przepelnienie…
Od wielu wielu juz dni panujaca zasada, ze nie wolno siegac na blaty kuchenne pelne produktow i naczyn kuchennych, nagle stala sie Adachowi zupelnie obca. Najpierw zrzucil na podloge caly kartonik z jajami. Zaskoczony efektem, wyjatkowo malowniczym tym razem, sam z wlasnej nieprzymuszonej woli pobiegl do lozka i nakryl sie koldra. Ale czas przemyslen w postaci pieciu minut we wlasnym gronie nie byl najwyrazniej dostatecznym, bo juz chwile pozniej Adach wyciagal z lodowki warzywa i upychal je w szafce z obrusami. Stalo mi jeszcze cierpliwosci, zeby odprowadzic go ponownie do spokojnego miejsca. Nie na dlugo, bo juz chwile pozniej Adachu grzebal w koszu na smieci w lazience poszukujac jakichs cennych skarbow i wrzucajac zuzyte waciki, papiery, patyczki do uszu i inne naturalne dla lazienkowego smietnika odpadku do muszli klozetowej. Nie zdazylam, niestety, pojawic sie w lazience zanim pociagnal za spluczke… I jeszcze jeden raz, i jeszcze jeden raz… Muszla prawie wybuchla cala lepka papka rozmoczonych chusteczek higienicznych na lazienkowej podlodze. I na to tez stalo mi jeszcze cierpliwosci, wiec Adach po prostu wedle wszelakich kanonow wychowawczych trafil do swojego spokojnego miejsca.
Ale kiedy rozsypal miske truskawek na dywan, odmowil posprzatania i zaczal z szelmowskim usmiechem wdeptywac truskawki w jasny material przy wtorze matczynego i ojcowskiego “nieeeeeeeeee”, cos w nas wreszcie peklo.
Zimnokrwisty J, mimo ze byla dopiero 19.15, zaciagnal wierzgajace dziecko do pokoju, a ja, na mocy jakiegos cichego porozumienia przynioslam szczotke do zebow i wetknelam co raz bardziej zdezorientowanemu Adachowi w reke. Odziany bez slowa w pidzame, z rozdziawionymi ze zdziwienia ustami i oczami jak spodki, Adam trafil prosto do lozka.
-Dobranoc. – i zamknelismy drzwi.
Cisza w jego wykonaniu byla przerazajaca. Nic. Kompletnie nic. Absolutnie zadnego dzwieku. Niepokojaco cicho… Po pieciu minutach, tknieta jakimis wielkimi wyrzutami sumienia poszlam sprawdzic, czy on tam w ogole jest…
Byl.
Spal najspokojniej w swiecie…
Dzisiaj od rana mam wyjatkowy spokoj, odpukac…
I mam wreszcie poczucie, ze mam jakas, moze marna i generowana w glupi sposob, ale mam wladze rodzicielska nad Adamem…
Jesli zas chodzi o inne zdarzenia z naszego zywota, nie dzieje sie wiele. Moze oprocz tego, ze chwilami czuje sie tak, jakbym pracowala w biurze na pietrze siodmym i pol w “Being John Malkovich.” Fizycznie. Bo bola mnie plecy i z duzym prawdopodobienstwem do czasu, kiedy moje dzieci osiagna samodzielnosc, bede nieszczesliwa posiadaczka garba, lumbago, skoliozy i wszystkich innych chorob nabytych w toku obslugi gigantycznego niemowlecia i nad wyraz ruchliwego malego chlopca…
O umyslowych efektach nie wpomne…

16/05/07
Post-pieluchowy swiat

A zatem Adachu sie odpieluszyl.
Calkowicie i nieodwolalnie.
To chyba generalnie dobra wiadomosc, choc musze przyznac, ze teraz wychodzenie z nim na spacer bywa wyjatkowym wyzwaniem.
Otoz na ogol uda sie wynegocjowac zalozenie pieluchomajtek, tak na wszelki wypadek, ale bywaja dni, ze na Dziecko Numer Jeden nagle splywa jakas niewytlumaczalna potrzeba udowodnienia wszystkim dookola, ze jest absolutnie doroslym chlopcem i pielucha nie licuje z jego statusem. I ani prosba, ani grosba, ani przekupstwem nie da sie z nim dojsc do porozumienia. Zazwyczaj takie dni naznaczone sa – oczywiscie – niewyjasniona w zaden sposob nadaktywnoscia malych jelit i pecherza.
I tak uwijajac sie jak mrowka odziewam rozesmianego i zaslinionego Alka, pakuje do wozka i licze na to, ze czerwona krowa na zoltym sznurku dyndajaca bezwladnie na budce od wozka okaze sie na tyle interesujacym obiektem, ze bede miala dosc czasu, zeby bez zbednego stresu odziac Adama, zebrac najpotrzebniejsze klamoty i wzuc buty na wlasne nogi.
-Adam, siadaj na nocnik, idziemy na spacer. – na sam dzwiek swojego imienia Adam znika z tupotem malych nozek gdzies w przepastnych pokojach mojego malenkiego mieszkania.
-Adam, bo zaraz pojde sama.
-No, no, no…-slysze rozbawiony glos gdzies w lazience sadzac po echu odbijajacym sie od kafelkow.
-Dobrze, ide sama.- i pcham wozek w strone drzwi wyjsciowych.
Swist, szum, tupot malych nozek i juz Adach siedzi na nocniku.
-O, zdecydowales sie. Dobrze, wiec sie pospiesz.- i wtaczam wozek na powrot do pokoju, bo przeciez trzeba Adacha oporzadzic.
Wytrzeszcza na mnie swoje wielkie oczyska i smieje sie od ucha do ucha.
-No, juz? – pytam w nadzieji, ze choc raz uslysze z jego ust odpowiedz pozytywna.
-Nie, kupa. Kupa bedzie. – i nadyma sie do granic mozliwosci czerwieniejac na twarzy i wydajac przy tym dzwieki godne jelenia na rykowisku.
Czekam cierpliwie. Minute. Dwie. Trzy. Alek zaczyna wydawac jakies nerwowe piski, nie dziwi mnie to wcale, w koncu ile mozna kontemplowac szesciocentymetrowy kawalek czerwonego materialu. Czwarta minuta.
-Adam, bedzie ta kupa?
-Bedzie, bedzie. Bedzie kupa, bedzie bonczek.
No tak, zapomnialam zupelnie. Nagroda. Bonczek, czyli cukierek…
Ide do kuchni, nerwowo szukam paczki smarties gdzies na te okazje upchnietej. Mam szczescie tym razem, cale dwie sztuki smetnie gruchotaja w plastikowym krazku.
Unaoczniam dziecku ten skarb.
Tymczasem minuta za minuta przynosza co raz wieksza aktywnosc osmiokilogramowego niemowlecia w wozku.
-Jest ta kupa? – pytam lekko poddenerwowanym glosem.
-Bedzie bonczek, bedzie kupa. – slysze w odpowiedzi.
Krew mnie zalewa. Dwuipollatek. Negocjuje. I to jakim tonem. Nie dam sie, za cholere sie nie dam, jeszcze czego!
-Nie, kolego – staram sie tlumaczyc spokojnym glosem – bedzie kupa, bedzie bonczek.
A on bezczelnie usmiecha sie prezentujac swoj niekoniecznie najprostszy zgryz i mowi
-Nie, kolego, bedzie bonczek, bedzie kupa.
Zapowietrzam sie delikatnie, ale Alek ponagla, wiec poddaje sie niepedagogicznie i wreczam dziecku niebieskiego cukierka. Zjada ze smakiem. Podnosi sie z nocnika. Prezentuje zawartosc.
-Siku tylko. Kupa nie bedzie.
Opadaja mi rece…
-Nieladnie Adachu, oszukales mnie, tak sie nie robi.-mowie.
-Nie robi, nie, nie…-Adachu kiwa glowa z zaangazowaniem manifestanta ze sztandarem.
Licze w duchu do dziesieciu i siegam po pieluche. Na sam widok dziecko reaguje alergicznie.
-Pull-up nie. Majty. Majty Adam pupe, majty.
-Adasiu, – tlumacze w nadzieji na zrozumienie, – przeciez to sa majty, ale jednorazowe. Tak na wszelki wypadek, zebys nie musial na slizgawce caly czas myslec o siusianiu.
-No, no, no, – Adach macha glowa, – Pipi zielony nocnik. Nie pipi pull up, nie!
-Kroliku, no prosze, nie spieraj sie ze mna, choc raz, dobrze?
Buzia w podkowke, szklace sie oczy.
-Adam big, Adam big boy, Adam pee-pee green potty, no pull up, no, pants, pants, pants!- i chwyta sie za swoje niebieskie gatki i trzyma z calych sil. Doskonale wie, ze nie lubie, kiedy mowi do mnie po angielsku, ale staram sie powstrzymac komentarz, tym bardziej, ze Alek zaczyna poplakiwac z nudow w wozku.
-Adasiu, popatrz, Alek placze, nie speieraj sie ze mna, prosze, zaloz pieluche, wszyscy bedziemy szczesliwi.
-No, no, no, no, no, no. Alek diap, Alek tiny, Adam big boy, Adam wearin’ pants!
Poddaje sie. Bede kombinowac pozniej. Zakladam mu majty, podciagam spodnie, wciskam lewego buta na noge, a wszystko przy wtorach piskow niezadowolenia Alka.
Juz mam zakladac prawego buta, kiedy Adachu przypomina sobie nagle, ze przeciez nie mozna wyjsc na spacer bez…
-Tinky-Winky bag! – i znika w swoim pokoju.
Wzdycham, zatykam Alka smoczkiem, zyskuje na tym kilka chwil spokoju.
Ale te kilka chwil mija a Adacha ani widu, ani slychu.
Slychac za to klekot przerzucanych zabawek, otwieranych szuflad, przestawianych z miejsca na miejsce pudel.
Po chwili z pokoju wybiega moje duze dziecko ciagnac za soba wielka pomaranczowa torbe wypelniona po brzegi ksiazkami, wagonikami, kilkoma parami skarpetek, starym aparatem telefonicznym, luznymi kartami z talii do Piotrusia.
Ciagnace po ziemi caly ten dobytem dziecko jest uroczo odziane w zimowa kurtke wywrocona na lewa strone.
A na zewnatrz piekna slowenska wiosna, czyli 27 stopni i polnagie prezace sie ciala nastolatek na kazdym kroku.
Zdejmie, jak wyjdzie na zewnatrz, bedzie mu za cieplo, mysle sobie. I po prostu pcham wozek na zewnatrz, zamykam drzwi, pakuje sie do winy i dopiero kiedy winda zwalnia przed parterem zauwazam, ze mam na nogach kapcie…
I na powrot do gory, wytaczanie wozka, otwieranie drzwi – gdzie u diabla jest klucz? – wozek zostaje przed drzwiami, Alek narzeka calkiem juz glosno, buty na nogi, Adachu naciska dzwonek drzwi sasiadow.
Ups.
Kajam sie przed sasiadka, najwyraznie oderwana od jakichs arcywaznych zajec, cala w papilotach i buduarkowym powiewnym szlafroczku. Chwytam Adacha za reke, zamykam drzwi, winda juz zdazyla odjechac, czekam wiec na moja kolej, wtaczam wozek, ble, ble, ble… Dobijamy do parteru na co Adam zduszonym glosem:
-Mama, kupe.
Z zimna krwia naciskam guzik z podswietlona czworka, winda do gory, wytaczam wozek, Alek sie usmiecha, ah, jak cudownie, Adam przestepuje z nogi na noge, tupot malych nozek, gdziez u diabla jest ten klucz, otwieram drzwi, wtaczam wozek, Alek dalej sie usmiecha, Adach buczy pod nosem i pedzi do nocnika, sciaga spodnie, sciaga gatki, siada i…
-Bonczek? – pyta niesmialo.
Zabije, zamorduje, oberwe ten malenki lebek!
-Nie ma. Kupa najpierw – mowie chlodnym jak arktyczny lodowiec glosem.
-Juz. – mowi na to dziecko, podnosi sie mozolnie i na polugietych nogach odwraca sie, zeby podziwiac zawartosc nocnika.
Spogladam w tamta strone.
Na dnie smetnie lezy produkt przemiany materii wielkosci rodzynka.
Milcze. Nie chce mi sie nic mowic.
Oporzadzam towarzysza producenta najbardziej zalosnych kup we wszechswiecie, daje mu bonczka.
I jeszcze caly nudny rytual obslugi nocnika i juz moge wyjsc.
Alek przysypia znudzony.
Lypie jeszcze lewym oczkiem w kierunku krowy, ale nie gwarantuje, ze ja widzi. Smoczek miarowo porusza sie w jego ustach. Przegrubasne raczki cudownie rozrzucone po bokach glowy, nogi w radosnym niemowlecym rozkroku, cialo przyjemnie wepchniete w gondolke…
Na spacerze problem natury fizjologicznej pojawia sie jeszcze raz. Adachu musi siku.
Udaje mi sie przekonac go, ze daje sie nasiusiac na drzewo i nie zmieni to niczego w jego wizerunku duzego chlopca, ah, oczywiscie argumentem przetargowym jest potwierdzenie, ze papa tez tak robi. Niestety, mamy maly wypadek, Adachu siusia sobie na skarpetki.
I tutaj wielka we mnie wdziecznosc dla przypadkowosci obiektow zapakowanych do pomaranczowej torby, bo znajduja sie w niej nawet nie jedna, ale cztery pary skarpetek na zmiane.
Dla kurtki zimowej, niestety, nie znajdujemy zastosowanie.
Dodam jeszcze, ze Adach zdjal ja dopiero po dobrych dwudziestu minutach spaceru i milionach zdziwonych spojrzen…
Eh… mam tylko nadzieje, ze nikt nie jadl czytajac tego posta…

12/04/07
A po Swietach
Otoz nikt niegdy nie obiecywal, ze bedzie latwo.
I fajnie.
I godze sie z tym z pokora krolika hodowlanego.
O tym, ze Adam jest lobuz i nygus nad nygusy wiedza juz chyba wszyscy, lacznie z Bogu ducha winnymi sasiadami, ktorzy codziennie miedzy 7 a 19 musza wysluchiwac tuptania, skakania, wycia, pokrzykiwaia, wrzaskow nieludzkich, wyglupow malpich i tym podobnych atrakcji.
Zapewne jednak czuja sie przy tym szczesliwi, bo od obiektu wydzielajacego te dzwieki dzieli ich sciana z cegiel grubo przekladanych zaprawa, tudziez gruba na pol metra podloga z betonowym stropem. Pewnie kiwaja z wyrozumialoscia glowa myslac, “ci na gorze to dopiero maja przechlapane…”
I jakby malo nam bylo tychze atrakcji, dolozylismy sobie akcje odpieluszania zbuntowanego ponaddwulatka do kanonu codziennych uciazliwosci…
Pierwszy dzien zaczal sie jeszcze pielucha, bo trzeba bylo uzupelnic zapasy majtek. 20 sztuk to, zdawalo nam sie, zdecydowanie za malo…
W sloneczna sobote, przypadkowo akurat byla to Wielka Sobota (rowniez wielka dla nas, bo wreszcie zdecydowalismy sie na ten wieeeeelki krok), zwinelismy nasze cenne perskie dywany z IKEI i zdjelismy dziecku pieluche.
Pierwszy sik w majtki byl wielkim szokiem.
Adach spojrzal na nas wzrokiem zbitego psiaka i zalosnym tonem powiedzial, “O-O.”
Spokojnie i rzeczowo jak zwykle, moj nieoceniony J wytlumaczyl dziecku, ze od teraz pi-pi robimy do nocnika.
Adach z pelnym zrozumieniem w oczach pokiwal glowa i lejac w druga pare majtek odrzekl z madroscia doroslego czlowieka, “OK.”
Potem sie troche uspokoil, a my zaczelismu przezornie sadzac go na niebieski nocnik mniej wiecej co pol godziny. I tak nam zeszlo do wieczora o suchych gatkach, nie liczac wpadki z ciezszym kalibrem, ktory zreszta wypadl z gatek i wyladowal bezpiecznie na podlodze…
W niedziele dziecko wystawilo nas na najciezsza probe z mozliwych zalatwiajac w ciagu jednej popoludniowej godziny siedem zmian gaci.
Ojciec z cierpliwoscia nocnej kolejki w meblowym w czasach PRL-u tlumaczyl, ze “pi-pi robimy do nocnika,” a matka z pokora wspomnianego juz wyzej krolika prala, plukala i wywieszala gatki na balkon.
W poniedzialek dziecko odkrylo rozkosze sikania na stojaco pod drzewkiem w plenerze. I tak mu sie ta czynnosci spodobala, ze po trzygodzinnym spacerze i szesciokrotnym radosnym polewaniu drzewka zoltym strumyczkiem wrocilismy z suchymi pieluchomajtkami do domu.
I od poniedzialku do dzisiaj wlacznie towarzyszy nam ten sam scenariusz.
Sikamy do nocnika, czasami nawet na sygnal samego zainteresowanego, sygnaly te jednak maja to do siebie, ze przychodza odrobine za pozno i czesto droge do nocnika znaczy kilka w sumie niewinnych kropelek. Ciezki kaliber zas niezmiennie laduje w majtkach, zeby wywolac spazmatyczny placz swojego tworcy, ktory jakos nie rozumie, ze wystarczy usiasc na kilka minut na nocniku, zeby takiej traumy uniknac…
Przy tym Adach pozostaje soba…
-Adasiu, chyba juz czas usiasc na nocniku, prawda?
-Nie. – mowi spokojnie dziecko ukladajac jeden na drugim klocki frustracji (nazwe zawdzieczaja swojej naturze, otoz nie sposob je polaczyc, nie wspominajac juz o calkowitym braku mozliwosci rozlozenia ich na czesci, co wywoluje glebokie ataki frustracji u Adacha).
-Prosze.
-Nie.
-Na pewno nie chcesz pi-pi?
-Nie.
Po czym dziecko podrywa sie i pedzi z rykiem do nocnika znacza droge szlaczkiem siuskow.
I tak jest ze wszystkim.
-Adam, chcesz grzanke?
-Nie?
-To dam ci platki z mlekiem.
-OK. Platki. Z mlekiem. (paki z mukom)
Wygrzebuje z szafy pudelko Cheerios.
-Nie. Platki! -reaguje natychmiast zainteresowany.
Wyciagam pudelko Ftiness.
-Nie! Nie! NIe! Nowe platki! – reakcja chyba jeszcze szybsza.
O co mu u licha idzie? Jakie nowe platki? I przegladam nerwowo caly asortyment dostepny w mojej szafce. Droga eliminacji i konsultacji z samym zainteresowanym staje na pudelku z muesli z migdalami i orzechami.
Szczesliwa nakladam troche do miseczki i zalewam mlekiem.
-Bez mleka (bez muka!) – wykrzykuje dziecko.
Zaciskam zeby, wylewam zawartosc, nakladam suche platki.
Dziecko zada widelca. Potem lyzeczki. Potem jeszcze kilku plasterkow kiwi.
I niczego nie zjada.
Mowie wiec zrezygnowana:
-Synku, przeciez chciales platki z mlekiem.
-Nie. – odpowiada naburmuszone dziecko trac z impetem oczy, – Grzanke!
Wczorajsze pozne popludnie bylo dla nas wyjatkowo ciezkie. Adach chcial i nie chcial non stop. Biegal, hulal, fikal, skakal, wyl, krzyczal, ryczal, pokrzykiwal, wyklocal sie z nami o wszystko. Ot, zbuntowany dwulatek.
Przy kolacji bylismy juz wyjatkowo zmeczeni i na tyle zrezygnowani, ze nawet nie kleila nam sie rozmowa. Dla odmiany Adachowi nie zamykala sie buzia.
Z potoku slow co i rusz wylawialismy slowo “razglednica” czyli widokowka w naszym mniej barbarzynskim jezku. Coz, zmeczenie materialu nie od razu pozwolilo mi skojarzyc fakty, wiec dopiero po kilku minutach dzieciecych nawolywan przypomnialo mi sie, ze dzisiaj przyszla kartka dla Adama od jego ukochanej cioci Rady i wujka Bojana, ktorzy na Swieta udali sie “do wod.”
-Adam dostal kartke od Rady i Bojana, wiesz? – mowie do J. i podaje mu kartke do przeczytania.
-Wow, -mowi J, – i co napisali?
-A ze tesknia i im bez Adama nudno i przesylaja buziaki dla nas.
-Hmmmm.- zamysla sie J., – Mam tylko nadzieje, ze nie planuja porwania Adacha. – zartuje sobie.
-No, cos ty, oni go naprawde bardzo lubia. – mowie.
I nagle patrzymy na siebie porozumiewawczo… czekajac… kto pierwszy to powie…
Decyduje sie szybciej niz J.
-Wiesz, takie porwanie nie byloby wcale az takie zle, nie? – i mrugam porozumiewawczo do J.
Zasmiewamy sie do rozpuku, ale tylko do momentu, kiedy z tej feerii ubawu wyrywa nas sam zainteresowany nieludzkim krzykiem oznajmiajac:
-Kuuuupaaaa!
I cierpliwy ojciec tlumaczy a pokorna matka przebiera i pierze, plucze, rozwiesza…
PS. Adachowa uciazliwosc nie tylko nam daje sie we znaki. Alek tez czasami miewa dosc.
Kilka dni temu, po dlugiej sesji obcalowywania, duszenia, slinienia, lizania, przyciskania, tulenia na sile niemowlecia o duszy stoika, owo niemowle zasnelo z raczka ulozona w znak najnizszego szacunku.
Ciekawe wobec kogo;)))

04/04/07
Do dziela

A zatem przyszla niesmiala wiosna.
Niesmiala, ale z temperamentem.
Pogoda prawie letnia jednego dnia, rozleniwia, rozluznia, pozwala zrzucic niepotrzebny balast kurtek, a wszystko tylko po to, zeby nastepnego dnia spasc ulewnym deszczem i powiac zimnym wiatrem od Alp.
O myciu okien juz nie wspomne.
Bo zlosliwosc zjawisk jest ostatnio rowna zlosliwosci przedmiotow i ludzi. Przynajmniej w moim przypadku.
Oto moje dzieci do perfekcji opracowaly metody doprowadzania mnie do szalu poprzez symultaniczne sygnalizowanie potrzeb.
I tak jak tylko Alek zassie cyca, Adam natychmiast zaczyna postekiwac i wykrzykiwac “mama, kupa! kupa! kupa idzie!” A skoro jestesmy w trakcie przystosowywania przerosnietego ponaddwulatka do uzywania nieco bardziej cywilizowanych sprzetow niz pielucha, wiec matka nerwowo zaczyna blagac Mniejszego, zeby juz skonczyl ssac, rzuca go na ramie, stuka po plecach w celu wywolania beczka, potem umieszcza przyjemnie w lezaczku i biegnie z Wiekszym do lazienki…
…a wszystko po to, zeby odkryc, ze…
a. kupa juz jest, w majtkach… A wowczas zupelnie bezwstydny Wiekszy zada nieuznajacym sprzeciwu glosem, “clean fresh dry dajp, please.”
b. kupy nie ma, nie bylo i nie bedzie a Wiekszy szczerzy kly w rozbrajajacym usmiechu…
W tym samym czasie z lezaczka zaczynaja dobiegac odglosy Dziecka Numer Dwa, lekko nieszczesliwego, bo opuszczonego przez pozostala czesc rodziny i skazanego na liche towarzystwo pomaranczowej malpy, a moze rownie nieuznajacym sprzeciwu glosem sygnalizujacego, ze nie skonczyl jeszcze ulubionej czynnosci napelnienia swojego znacznych rozmiarow brzucha.
A propos brzucha… moje dziecko ma cellulitis, zupelnie nie zartuje!
I tak wlasciwie przez caly dzien.
Zmieniam pieluche Alkowi, a juz slysze Adachowe “mama, please, come” albo bardziej swojskie “chodz, mama, chodz do Adama…”, bo akurat tym jednym razem nie jest w stanie podczepic Annie i Clarabel do Thomasa (dla laikow, Annie i Clarabel to wagoniki, ktore ciagnie Thomas lokomotywa), czynnosc ktora ma a normalnych warunkach opanowana do perfekcji.
Musze wspomniej jeszcze o efekcie wspolwyjca. Otoz placz jednego, wywoluje natychmiastowy placz drugiego. Nie wiem, czy ze wspolczucia… raczej chyba dla czystej rozrywki moi dwaj chlopcy lubuja sie w nasladownictwie w kwestii placzu. A moze Alek stara sie dorownac swojemu starszemu bratu, ktory powoli staje sie dla niego modelem do nasladowania? A moze Adam placze, zeby Alkowi nie bylo smutno, ze sam jest tym mazgajem, ktorego trzeba przytulac i niuniac?
Eh…
Tymczasem podjelismy wazna decyzje.
Robi sie cieplo, niesmialo, a jednak.
Czas na radykalne kroki. W sobote Adam dorobil sie trzydziestu par majtek. W nastepna sobote zwijamy dywany. Sciagamy pieluche.
I to jest nasz plan na Swieta Wielkanocne.
19/03/07
O nadprogramowych wakacjach matki

Nalewam wlasnie wrzatek do gigantycznego sloja, na dnie ktorego grzecznie siedza ziolka na laktacje. Nalewam i nadziwic sie nie moge, ze ten glupi sloik, ktorego uzywam juz od dwoch miesiecy, z takim stoickim spokojem przyjmuje te hektolitry wrzatku do swojego wnetrza i nie peknie…
I jakby w celu spelnienia moich niekoniecznie wyartykulowanych i niekoniecznie marzen, przy akompaniamencie miekkiegio “pyk” w okolicach dna sloika pojawia sie dosc regularna rysa, z ktorej w tempie natychmiastowym zaczyna uchodzic wrzatek.
Na wszystkie strony, na caly blat kuchenny, z ktorego interesujaca kaskada splywa na podloge, wsacza sie w poszarzaly chodnik i nieuchronnie zmierza w kierunku moich stop. Zanim jednak ich dosiegnie, ja z rownie stoickim co sloikowy spokojem przesuwam sie o dwa, moze trzy kroki dalej i wlasciwie bez zadnych emocji obserwuje sytuacje. A kiedy juz caly sloj ukropu znajduje chlodne ukojenie na kafelkach podlogi, nie pozostaje mi nic innego, jak chwycic za scierke i usunac ten chaos powstaly w wyniku draznienia dziwnego w swoich zawilosciach jestestwa przedmiotow martwych…
A nie tylko przedmioty martwe potrafia popasc w jakas niekontrolowana zlosliwa aure i cichcem, kiedy wcale sie tego nie spodziewamy, zaatakowac.
Tak jak Alkowy katar…
Nie, niezupelnie. Katar byl moj. Nieznanego pochodzenia, bo pogoda raczej nam sprzyjala. Ktorejs nocy, zbudzona popiskiwaniem najmlodszego potomka, ktory mimo usilnych staran nie byl w stanie zlokalizowac cieplego i pelnego mleka cyca w swoim lozeczku, poczulam znajome drapanie w gardle. Zamiast jednak, nauczona doswiadczeniem, chwycic za kochane homeopaty i zabic chorobsko w zarodku, zrzucilam wine na zbyt intensywne spiewy w towarzystwie Adacha i po dopelnieniu rytualu nakarmienia dziecka, wrocilam do cieplego lozka.
A wszystko, zeby rano zbudzic sie prawie bez glosu i z zatkanym niemilosiernie nosem.
I tak, choc bardzo bylam ostrozna i stosowalam wszelkie srodki ostroznosci, katar znalazl droge do Alkowego nosa…
Oczywiscie przy piatku, bo moje dzieci maja to do siebie, ze choruja zawyczaj w weekend, zeby trudniej bylo znalezc lekarza.
Ale w sumie nie bylo wcale tak zle: dziecko troszke chlipalo noskiem, pokaslywalo nieregularnie i mialo lekko podniesiona temperature. Az do 13.30, bo wtedy konczy urzedowanie nasza pani pediatra, dziecko zachowywalo sie poprawnie spiac, radosnie fikajac nozkami w chwilach czuwania i entuzjastycznie pojadajac w duzych ilosciach. Po 13.30, nagle i zupelnie bez ostrzezenia dziecko zaczelo byc delikatnie nieswoje, ciut badziej niz zwykle senne a i pokaslywanie jakby sie nasililo.
Do 16 bylam juz zdecydowana, bo chociaz Alek ciagle byl raczej soba niz chorym dzieckiem, jak sie ma dwa miesiace, to i katar potrafi bardzo bolec. Zapakowalam zatem Alka do samochodu i wierzac gleboko, ze mamy do czynienia ze zwyczajnie przeziebionym niemowleciem, pojechalam na pogotowie.
Po godzinnym oczekiwaniu, mloda pani doktor przyjela nas z usmiechem na ustach, zapytala pobieznie o co chodzi i zupelnie szczerze, ciagle z usmiechem na ustach wyznala, ze ona niespecjalnie zna sie na pediatrii i powinnismy pojechac raczej do szpitala, gdzie zawsze jest dyzurny lekarz, ktory – pracujac na oddziale pediatrii – zapewne grzeszy wieksza niz jej wiedza.
Zgrzytnelam dwa razy zebami, zabralam wypisane w biegu skierowanie i pojechalam do rozowo-zielonego molocha.
W molochu akurat trafilam na wieczorny obchod, wiec znowu musielismy czekac, potem chyba pan doktor mial jakies wielce wazne sprawy, ktorym oddawal sie z namaszczeniem i radosnym smiechem, ktory slyszalam czekajac na jego atencje w ozdobnym holu.
I tak nam zeszlo do 18.30, kiedy to wreszcie, zaszczycona uwaga pana o wdziecznym imieniu Vojko, dwoiedzialam sie, ze moje dziecko ma zapalenie oskrzeli i cos tam w uchu.
A i Alek wreszcie sie rozplakal, choc wcale mu sie nie dziwie, bo sama nie jestem fanka wtykania mi do ucha zimnej metalowej rurki.
I tak zostalismy zmuszeni do nadliczbowych wakacji w goscinnych progach szpitala…
Dziecko inhalowalo sie dzielnie, rownie dzielnie znosilo antybiotyk, dzielnosci braklo mu tylko, kiedy bezlitosne pielegniarki wpadaly o dosc nieokreslonych i wyjatkowo przypadkowych porach na mierzenie temperatury.
A jesli juz o pielegniarkach…
Jedna z nich wyjatkowo nie przypadla nam do gustu. Nie, niczego zlego nam nie zrobila, byla nad wyraz delikatna w obchodzeniu sie z niemowlakiem z katarem i muchami w nosie, ale jej nadgorliwosc spedzala mi sen z powiek.
Spedzala sen z powiek doslownie, bo szczegolnie na nocnych dyzurach dawalo sie odczuc jej nad wyraz glebokie powolanie do wykonywania zawodu.
A wszystko dlatego, ze Alek, w zupelnie dla mnie niezrozumialy sposob, nagle donal olsnienia i zrozumial, ze wyprodukowanie kupska jest nie tylko w obrebie jego mozliwosci, ale nawet poniekad obowiazkow. I tak sie tym nowym wyzwaniem przejal, ze wprowadzil sie w stan gorliwej nadprodukcji, rowniez w godzinach nocnych. Przy czym kazdorazowo przejawial raczej nikle zainteresowanie usunieciem skutkow swojej nowo podjetej dzialalnosci, wiec budzil mnie swoim bezwstydnym wyproznieniem o wysokich walorach zarowno akustycznych, jak i zapachowych, po czym sam zapadal ponownie w sen sprawiedliwego…
A ja zostawalam na polu bitwy…
I zaczynaly sie schody.
Bo Alka trzeba przebrac. Zatem hyc! mlodego z lozeczka, na przewijak (aj, kreci sie i wygina z niezadowolonym wyrazem twarzy), portki w dol (auuu, przeciaga sie ostrzegawczo!), rozwijanie pieluchy (otwiera z trudem oczy!!!), odpinanie papmpka (ostrzegawcze kaszlniecie), wyciagam reke po waciki do wyczyszczenia dziecka i… PIIIIIIIIIIISK!
I wcale mu sie nie dziwie, tez bym sie wkurzala…
Jednak…
Jeden maly pisk i juz slysze szuranie kapci pielegniarki z powolaniem po wytartym linoleum i juz nieuchronnie zbliza sie do mojej sali (szczesliwie na koncu korytarza) a ja sie uwijam jak w ukropie, szybko, szybko, szybko, byle utulic zanim wtargnie, zanim omylkowo wlaczy lampe do dezynfekcji, ktora nieuniknienie zaleje pokoj bladoniebieskim swiatlem, ktore sprawi, ze jej wlosy stana sie przerazajaco jasno-zielone, zanim swoim zaniepokojonym glosem nie zada standardowego “czy wszystko w porzadku?”
I juz, prawie, prawie, juz wciskam skrzeczacego z niezadowolenia Alka w szpitalne spiochy, juz wyciagam reke, zeby podniesc babla, gdy…
-Czy wszystko w porzadku?
I nie ma chyba nic gorszego niz proba tlumaczenia komus, ze ja tylko przebieram dziecko, bo to, bo tamto… w srodku nocy… w obcym ciagle jeszcze jezyku…
I tak za kazdym razem…
Dwie noce dyzurow nadgorliwej i jestem wcisnieta w kubraczek caly uszyty ze stresu. Na sam jej widok wieczorem zlewaja mnie zimne i gorace poty na przemian…
Szczesliwie pozostale trzy noce to dyzury regularnych pielegniarek, lekko nieprzyjemnych w obyciu, ktorym dlugoletnia praktyka po prostu podpowiada, ze czasami dzieci placza. Ot, bo nie lubia zmian majtek w srodku nocy.
A i wychodza z zalozenia, ze nawet obcokrajowiec wie, ze jesli dzieje sie cos zlego, zawsze mozna pielegniarke wezwac malo przyjemnym dzwiekowo brzeczkiem.
Alek wylizal sie wyjatkowo szybko. Po trzech dniach oskrzela sie oczyscily, po pieciu zostalismy wypisani do domu.
Gdzie bezstresowo i bez specjalnych fajerwerkow, moge zmieniach tysiace pieluch w srodku nocy, bo na placz Alka nie reaguje nikt. Adachu co najwyzej sapnie i zmieni pozycje zatopiony w glebokim snie, w ktorym zapewne zadaje sobie owo nieuniknione pytanie starszego brata…”OK, fajnie, ze go do domu przyniesli, bylo milo przez jakis czas, ale kiedy on sie w koncu wyniesie? Chyba juz czas najwyzszy, nie?”
Biedactwo… ciagle jeszcze nie potrafi pojac, ze ten maly, wiecznie zaspany i nudny jak flaki z olejem tlumoczek to jego wlasny brat, ktory zostanie z nami na zawsze…
07/03/07
Numer Jeden vs. Numer Dwa

No dobrze, zatem jest ich dwoch.
Posiadanie dwoch w miejsce jednego zmienia znacznie perspektywe patrzenia na uroki rodzicielstwa.
Szczegolnie kiedy ten drugi to Alek.
Pierwsze miesiace zycia Adama rozpatruje ciagle jeszcze w kategoriach dopustu bozego, jakiejs niezidentyfikowanego pochodzenia kary za grzechy. Maly nerwus, wrazliwiec i zlosnik nie chcial spac, a kiedy nie spal, wyl jak opetaniec. Latwo wyobrazic sobie zatem nasz zywot pod jednym dachem z niemowleciem wiecej niz wymagajacym, uzywajac eufemizmu.
Ale miala ta sytuacja rowniez swoje plusy.
Otoz jakkolwiek Adam przyszedl do nas bez instrukcji obslugi, o tyle pozwolil nam takowa instrukcje spisac w toku nabywania nowych doswiadczen. I zaopatrzeni w tenze wyimaginowany dokument, zabralismy sie za obcowanie z nowym nabytkiem.
Chyba, jak dotad, idzie nam calkiem niezle.
Alek ma czysto stoickie spojrzenie na swiat. Z podziwu godnym spokojem przyjmuje wszystkie konieczne zabiegi, ktorym jest poddawany.
Nie, nie moge powiedziec, zeby kochal czyszczenie nosa, ale oprocz niemilosiernego wykrzywiania sie, nie pokazuje swojego niezadowolenia w zaden inny sposob. Zmiany gaci sa czysta przyjemnoscia (bo milo patrzec na wierzgajace kopytka osadzone na wylewnie obdarzonych tkanka tluszczowa nogach), kapiel to niemal anielskie doswiadczenie a zakladanie czapki nie powoduje spazmatycznych atakow placzu.
Dla niewtajemniczonych: tak, Adam traktowal czyszczenie nosa jak wbijanie gwozdzi pod paznokcie, zmiany gaci jak miazdzenie genitaliow metalowym imadlem, a wkladany do wanny sprawial obiektywnie wrazenie osoby nuzanej we wrzatku.
A poza tym Alek spi. Duzo i z nieukrywana przyjemnoscia.
Gdziekolwiek i w jakichkolwiek warunkach.
Choc najchetniej we wlasnym lozku ulozony przytulnie na wlasnym brzuchu z wlasnym smoczkiem w usteczkach.
A po kapieli, na kuchennym stole wtulony w koc z zajacem na lezaku wcisietym pomiedzy polmiski i talerze z parujaca kolacja.
Czy mozna zadac czegos wiecej?
Eh, wszystko byloby wielka, nieustajaca sielanka, gdyby nie przeklete wiatry…
Alek, jak to niemowle, nie ma zupelnie pojecia o tym, jak radzic sobie z tak naturalnymi procesami jak usuwanie wibrujacej kolumny napierajacego od wewnatrz na odbyt powietrza. I zamiast sie rozluznic i wyprodukowac radosnego baka, zaciska miesnie i probuje skierowac powietrze tam, skad przyszlo.
I nie pomaga oslawiona herbatka z kopru wloskiego, a wychwalana pod niebiosa woda koperkowa sprawila, ze czerwieniejace na twarzy dziecko zdolalo wydusic jednego melancholijnego piarda.
A wszystko przy akompaniamencie westchnien, pojekiwan, postekiwan i odglosow nadymania calego swego pieciokilowego cialka.
No dobrze, ale wrocmy do tego pierwszego. Do pierworodnego Adamka.
Oprocz tego, ze czasami mam wrazenie, ze tylko jakas magiczna sila powstrzymuje mnie od spuszczenia mu solidnego, klasycznego i wychowawczo niepoprawnego manta, dziecko ma sie dobrze. Chadza tylko i wylacznie swoimi drogami, a eksplozja negacji jest najwyrazniej wspomagana przez sytuacje w domu. Otoz widzac mnie zajeta Alkiem – i mam tutaj na mysli zajeta na dobre, karmieniem, pojeniem, zmiana gatek – Adamek cichcem oddaje sie swoim ulubionym zajeciom. Przy czym musze dodac, ze jego zainteresowanie dana czynnoscia jest odwrotnie proporcjonalne do naszego na nia przyzwolenia.
I tak, kiedy karmie spokojne niemowle, moge miec stuprocentowa pewnosc, ze w dokladnie tym samym czasie Adam w lazience nalewa wode z bidetu do kazdego, najmniejszego pojemniczka jaki jest w jego zasiegu, a wszystko po to, zeby pozniej te wode przelewac w nieskonczonosc. Brzmi jak dosc ciekawe zajecie, oczywiscie o ile pominie sie fakt, ze jakims cudem podloga jest wedlug mojego dziecka ostatecznym celem dla zebranej wody, cos jakby traktowal te podloge jak jeden wielki bezgraniczny pojemnik na ciecze. Coz, nie znasz nigdy sposobow, w jakie dziecko kategoryzuje przedmioty…
Z zabaw lazienkowych zainteresowaniem cieszy sie rowniez plukanie nocnika i zatapianie calych rolek papieru toaletowego w muszli klozetowej. Nudne, pomyslicie, ktore dziecko tak nie robi, a ja na usprawiedliwienie dodam, ze oprocz papieru w muszli wyladowala rowniez elektryczna golarka meza, recznik, moj tusz do rzes, a w ostatni czwartek po zalatwieniu swoich potrzeb spostrzeglam z niesmakiem, ze nasiusialam na butelke plynu do soczewek.
Wrzucanie przedmiotow do pralki, przekrecanie pokretel i gotowanie kolorowego prania, grzebanie w pojemniku na smieci, metodyczne wyciaganie serwetek z pudelka, niepowstrzymane wlaczanie i wylaczanie swiatla a po drodze rowniez termy z woda, zalepianie dziurek od klucza ciastolina i artystyczne popisy malarskich umiejetnosci na kloszach od lamp i ekranie telewizora to tylko nasza szara codziennosc.
Ale nie umniejszajmy Adamkowi kreatywnosci. Nowe pomysly sa na porzadku dziennym.
I tak od kilku dni Adach przychodzi po kilka razy dziennie, zeby powiedziec mi, ze czegos nie ma. “Thomas nie ma” i rozklada rece, a potem natychmiast dodaje “kupic” i macha glowa czekajac na aprobate pomyslu. “Krem nie ma” przybiega po chwili, “kupic, kupic krem.” I tak rozwija swoja dluga liste brakujacych przedmiotow o plyn do kapieli, zamek blyskawiczny w jego spodniach (jakby spodnie nie byly z nim nieuchronnie zwiazane), mydlo, Alka szczotke do wloskow, kapec ze Snoopy, kubek lazienkowy, moje etui do okularow… Przywykla do niekontrolowanego znikania przedmiotow rownie dobrze jak do ich ponownego pojawiania sie w najmniej oczekiwanym momencie raczej ignoruje doniesienia i smetnie kiwam glowa, niech dzicko nie mysli, ze go nie slysze…
I tak az do wczoraj wieczora, kiedy to wpada do nas na pizze znajomy.
Szczegoly wizyty przemilcze, wyjawie jedynie, ze Adach urzadzil sobie z goscia sale gimnastyczna i wdrapywal sie na jego ramiona, zeby potem z nich skakac, podskakiwal na jego nodze udajacej konika, wieszal sie u paska itp, itd.
No i trzeba wspomniec o owej pizzy.
Pizza, jak powszechnie wiadomo, potrzebuje goracego pieca. Nastawiam piec na 240 stopni i siadam razem z gosciem i pozostalymi domownikami na sofie, gdzie oddajemy sie mniej lub bardziej zaklocanej przez Adamka rozmowie. I tak wsluchana w opowiesci naszego goscia zupelnie nie zwracam uwagi na nieprzyjemny, toksyczny wrecz smrod wsaczajacy sie do pokoju od strony kuchni… Ale smrod w koncu osiaga mase krytyczna i musze go dostrzec.
-Cos sie przypala…-mowie ostroznie.
Nieoceniony J poprawia Alka w lezaczku, sciaga Adacha z ramion naszego goscia i patrzy na mnie odkrywczo mowiac:
-Spalilas pizze? I co bedziemy teraz jesc?
-Nie, pizza jeszcze na blacie, to musi byc cos… innego-mowie i udaje sie na rekonesans.
Otwarcie pieca uwalnia kleby dymu. A na dolnej polce, zaraz pod kamieniem do pizzy leza ulozone w misterna mozaike plastikowa lokomotywa o wdziecznym imieniu Thomas, metalowe pudelko z kremem, nadtopiona buteleczka plynu do kapieli z saczaca sie i przypalajaca na goracej powierzchni zawartoscia, jedna para spodni pokryta jakas mazia, ktora zreszta identyfikuje po chwili jako mydlo, Alka szczotka do wlosow w relatywnie niezmienionym stanie, wtapiajacy sie podeszwa w piekarnik kapec ze Snoopim, lazienkowy kubek i moje etui od okularow…
I tak sie wszystko, poki co radosnie, toczy…
Jest ich dwoch, wiec jakby nie spojrzal, nie jest jeszcze tak zle. Dwoch jak dwie rece u doroslego czlowieka, czyli po jednym na reke. Dwoch, jak dwoje doroslych w domu, czyli jeden na jednego, czyli sluszne rozwiazanie, bo nie maja nad nami przewagi liczebnej.
A niezastapiony J niesmialo przebakuje o tym, ze to straszna szkoda, ze niegdy nie bedziemy mieli malenkiej dziewczynki…
Jakby nie potrafil sobie wyobrazic smrodu przypalajacej sie lalki Barbie…

12/02/07
Dluga historia pewnego tlumoczka
Dzien jakby znowu zaczal sie od pecha…
Stoje nad zlewem kuchennym i klne jak szewc. Moj katalog przeklenst rozrosl sie znacznie od czasu, kiedy zaczelam pisac ten pamietnik, bo do calego szeregu slow polskich, angielskich i slowenskich doszlo kilka wlsokich i cos po serbsku (choc pochodzenia tego slowa nie jestem do konca pewna).
Cholerna lyzeczka w samym centrum zlewu.
Eh, zeby lyzeczka. Chochla, od zupy, wazowka ze sladami fasolowki, ktore znajduja jakos droge na moja bladozielona bluzeczke drugiego sortu i workowate spodnie i nawet rozdeptane kapcie.
Tak, osiagnelam juz stadium nieapetycznosci poporodowej. Wlosy zwiazane byle jak, tu i owdzie slady obslinienia w wykonaniu Dziecka Numer Dwa, ciuchy wyciagniete z dna szafy, prosto z niebieskiego wora z napisem “do utylizacji,” mejkap… a co to takiego? i bolacy, rozhustany na wszystkie strony, gigantyczny biust…
Ale nie o tym mialam napisac.
Otoz owa chochla w zlewie, jakkolwiek wielce niepozadana w tym czasie i w tym miejscu, uswiadomila mi, ze winna jestem sobie spisanie wszystkiego, co zdarzylo sie tamtej soboty, poki jeszcze moja pamiec przechowuje zarejestrowane gdzies obrazy…
Chyba musze zaczac od poczatku, czyli od tego, ze mieszkam w najnudniejszym miescie swiata, gdzie jedyna rozrywka sa dwa gigantyczne i kilka poslednich kasyn, nocne kluby z calym inwentarzem uslug, ktorych od nocnego klubu nalezy oczekiwac. Czyli nic dla mnie, bo plasuje sie w grupie wiekowej i majatkowej, dla ktorej wizyty w kasynie nie stanowia zadnej podniety. Nie wspominajac juz nocnych klubow.
Ale za to w sobote…
W sobote to ja sie rozrywam za wszystkie czasu, bo w sobote to ja robie zakupy.
I tak jak nienawidzilam kiedys bezproduktywnego lazenia po sklepie w towarzystwie podekscytowanych wspolkupujacych, popychajac metalowy wozek o malo skretnych kolach do przedu i ladujac wen dobra bardzo, srednio lub zgola niepotrzebne, tak teraz, w obliczu braku innych zajec, kocham zakupy.
Tamtej soboty od rana towarzyszylo nam tradycyjne podniecenie. Tradycyjnie sporzadzilismy listy zakupow podczas rytualnego sniadania, oczywiscie po to, zeby potem zostawic je na blacie kuchennym w towarzystwie podwiedlej cytryny, marnego jablka i okruchow chleba. Zapakowalismy dzielne Dziecko Numer Jeden do samochodu i zaopatrzeni w najpotrzebniejsze oporzadzenie posiadacza dwuletniego dziecka (cala torba klamotow) ruszylismy na zachod.
I takich wielkich zakupow to ja od dawna nie pamietam.
Miliony, tryliony srednio niepotrzebnych rzeczy, ciastek i ciasteczek, gabek, scierek, spinek do wlosow, gum do zucia, soczkow w malych kartonikach, smietany w jeszcze mniejszych, warzyw przeroznych i serow…
Ledwiesmy dali rade zaladowac wszystko do wysluzonego samochodu…
W drodze powrotnej mielismy wiecej niz szampanskie humory i cudowny plan na wieczor…
…a wszystko az do chwili, gdy…
16.00. Stajemy w drzwiach obladowani po zeby zakupami. Wnosimy wszystkie torby w przypadkowej kolejnosci, wspolnym sumptem odkladamy wszystkie puszki, sloiczki, pakunki na miejsce (ktorego zreszta na takie zapasy brak), upychamy w szafach (pewnie po to, zeby o nich zapomniec i odnalezc w stanie zmienionym za kilka miesiecy, ale to juz inna historia), a podniecone Dziecko Numer Jeden usiluje pomagac w dla siebie jedynie zrozumialy sposob, noszac na przemian papier toaletowy i reczniki kuchenne od kuchni do lazienki i jeszcze raz na powot do kuchni.
16.15. Odkrywam, ze plamie.
Oznajmiam mezowy nowine.
-Sluchaj, kto obstawial przyjscie Alka na swiat wlasnie dzisiaj? (maz rozpisal konkurs wsrod krewnych i znajomych krolika z glowna nagroda w postaci swiadomosci, ze odgadles cos super, mega fajnego)
-Czekaj, 13. stycznia, po poludniu, to byla babka z zieleniaka, a bo co?
-A bo nic. Bo moze wygra? Ale wlasciwie to chyba mi sie tylko zdaje…
I zaszywam sie w kuchni, gdzie gotuje duzy garnek fasolowki na kolacje, nie szczedzac przy tym miesa i fasoli.
17.00. Cholera, troche boli.
E, nie tam, ze boli, jakos tak pobolewa, malo przekonujaco, ale czy to nie pobolewalo wczesniej? Chyba se cos wmawiam. Na wszelki wypadek sprawdzam jeszcze raz. Plamienie nie ustapilo, ale to pewnie od noszenia toreb z garazu do domu.
Zachowuje wiadomosc dla siebie, bo maz wlasnie zabral sie za budowanie mega, giga, hiper wielkiej wiezy z klockow.
17.15. Adam wspina sie na wieze z klockow. Nie przewidzial, ze klocki maja srednia wytrzymalosc i jego ciut wiecej niz 11 kilo (jakkolwiek malo to jest na dwulatka), to ciagle za duzo na budowle z plastikowych klockow, nawet jesli firmowanych znanym logo. Spada z hukiem. Nabija sobie guza. Przybiega do kuchni caly we lzach i z litania skarg na ustach, bo “kocki, uaaaaa, bam, bonk tu” i wytyka paluch w nieokreslonym kierunku, choc w zamierzeniu miala to byc chyba jego glowa.
18.00. Kolejna wizyta w miejscu ustronnym. Chyba cos sie dzieje. Tak chyba wlasnie wyglada czop. Oznajmiam mezowi niesmialo, ze istnieje niejakie prawdopodobienstwo, ze Alek pcha sie na swiat, aczkolwiek wezmy pod uwage, ze porod nastepuje nawet do tygodnia po odejsiu czopa, wiec… moze ograniczmy podniecenie i skoncentrujmy sie na planie na dzisiejszy wieczor.
Aha, dalej pobolewa, ale jakos niezobowiazujaco, wiec wracam do kuchni, zaraz bedziemy serwowac kolacje.
18.15. Zupa fasolowa. Dziecko Numer Jeden przytula sie do Dziecka Numer Dwa. W brzuchu, oczywiscie.

19.00. Dziecko Numer Jeden zostaje wykapane w wannie pelnej babelkow. Myje zeby niechetnie, ociaga sie przy zakladaniu pidzamy. Ostatecznie, 40 minut pozniej laduje w lozku w towarzystwie Strasznego Lwa, Lwa-Gilgacza, kubka z woda i plastikowego mlotka z pudla z narzedziami dla dzieci. Zasypia spokojnie…
20.00 Jakby to ujac… Let’s party. Zaczynamy tzw. dorosly czas w naszym domu, ktorego nastanie zwiastuje nieodmiennie pytanie…
-A zatem, jaki mamy plan?
A w planie dwa zupelnie nowe odcinki amerykanskiego “The Office.” Wyciagamy z szafy pudlo suszonych moreli w czekoladzie, koszyk z orzechami i tak oblozeni dobrodziejstwem pozakupowym zatapiamy sie w telewizyjnej rozkoszy.
Ja zas po cichu mierze odstepy pomiedzy lekko bardziej juz zdefiniowanymi bolami… Szesc minut… Po godzinie, juz cztery minuty…
21.00. Wstaje i mowie do meza spokojnie i wyraznie.
-Cztery minuty.
-Cztery minuty co?-odpowiada rezolutnie patrzac na mnie jakbym sie wlasnie zerwala z tej choinki, ktora jeszcze niedawno mielismy w pooju, a na mojej glowie pierniki lukrowane a na nosie bombka srebrna i jeszcze jakies anielskie wlosie okutane dookola mojej szyji.
-Cztery minuty pomiedzy jednym bolem a drugim. Myslisz, ze to juz?
-To chyba ty powinnas wiedziec…-okopuje sie na swojej pozycji “ja nic nie wiem, ja tu tylko sprzatam” moj nieoceniony J.
-To ja nie wiem…
-To moze zadzwon do drV i Rady, niech beda przygotowane, na wszelki wypadek…
Cisza. Z mojej strony. Taka cisza, ze ja mozna nozem kroic. Mysle, mysle, z trudem procesuje informacje i wreszcie podejmuje decyzje.
-Eeee, tam. Sobota jest, co ja sie bede ludziom naprzykrzac przy sobocie.
I spokojnym krokiem udaje sie w kierunku biurka z komputerem, a usiade sobie troszke, a skrobne mejla jakiegos, a noz cos przyszlo… I tak czlap, czlap.. noga za noga, wloke te swoje 15 kilo wiecej i nagle zatrzymuje sie w pol kroku, zamieram w ciszy, znowu ja mozna nozem kroic, w tle buczy telewizor, slysze odglosy otwierania orzechow w wykonaniu nieocenionego J i jak sobie przy tym podspiewuje, ale we mnie jakas niepokojaca cisza. I mam wrazenie, ze zawislam tak w powietrzu nad sama soba, ze moje oczy sa skierowane do wewnatrz, jakby chcialy dojrzec, co tam sie w srodku dzieje… I juz wiem… wiem, ze odchodza mi wody.
-Odchodza mi wody-mowie troche w proznie.
-Cholera, jakie te orzechy trudne do otwarcia, no… – slysze w odpowiedzi. A potem znowu cisza, a potem…
-Powiedz jeszcze raz…
-Odchodza mi wody.- i ide do lazienki.
21.15. Ja w lazience, nieoceniony J u drzwi. Komunikujemy sie przez dwa dobre centymetry sklejki.
-To ja dzwonie do drV, ok?-oferuje J.
-Ok, dzwon, powiedz, ze skurcze co trzy minuty, ze odeszly wody, ze czyste, ze nic wiecej sie nie dzieje, bo nic wlasciwie nie boli…-I kiedy ja jeszcze mowie, nieoceniony J jest juz po rozmowie z naszym aniolem.
-Ona tam bedzie za 15 minut.-obwieszcza.
-Hmmm… szkoda, bo ja tu z godzine potrzebuje…
21.30. J przywozi Rade. Biedna, lekko wyrwana z kontekstu, ale zaciska kciuki. Jeszcze instruuje ja, co Adamkowi ubrac, gdybysmy nie wrocili do rana, gdzie jest kawa, jakies przekaski, co dac na sniadanie niejedzacemu dwulatkowi, itp… I jeszcze do Adamka zajrze. I jeszcze raz, bo zapomnialam ucalowac w nos. I jeszcze raz sprawdze, czy wszystko mam, czy maz w czasie mojej nieobecnosci na pewno nie umrze z glodu. A czas tik-tik-tik…
22.00. Wreszcie siedzimy w samochodzie.
Do szpitala mamy jakies 10 minut drogi, ktore spedzamy zasmiewajac sie do rozpuku, bo J zapomnial z tego wszystkiego zalozyc skarpetki i teraz buty uwieraja go w palce, bo facet na stacji benzynowej mial na glowie szope, jakiej jeszcze w zyciu nie widzielismy. Lekkie zdenerwowanie pokrywamy histerycznym chwilami, nerwowym rechotem. I slowo daje, nawet zgiety w haczyk palec doprowadzilby mnie wowczas do napadu szczerego, choc niezupelnie naturalnego smiechu.
Z tego radosnego kolowrotka wyrywa nas dzwonek telefonu. DrV.
-Matko, gdzie wy jestescie?
-Juz parkujemy pod szpitalem.-odpowiadam z zazenowaniem, bo nie lubie jak ktos na mnie musi dlugo czekac.
-Pospiesz sie, bo urodzisz na schodach…
Na porodowce cisza. Cudownie.
Podlaczona pod ktg dyskutuje z drV na temat skutecznosci i urokow lewatywy. Ktora sobie zreszta zaklepuje. Tymczasem skurcze jakby zupelnie ucichly. Razem z ich zanikaniem, rozplywaja sie moje marzenia o szybkim porodzie. DrV tez ma jakos srednio wyrazna mine, widze w jej oczach, ze mamy przed soba perspektywe dlugiego oczekiwania. Moze do rana? Moze dluzej?
Ustalamy jeszcze, ze dostane antybiotyk, bo nie doszly jeszcze moje wyniki bakteriologiczne.
-Dobrze, ale ja poprosze lewatywe, ok?
Polozna patrzy na mnie jak na stuknieta.
-W porzadku, ale najpierw na fotel, trzeba zobaczyc, co sie tam fizycznie dzieje.
Zeskakuje z lozka, biegne na fotel. Rozkladam sie w kompromitujacej pozycji i czekam na werdykt.
Przychodzi.
Z sila wodospadu.
DrV prawie podskakuje.
-Magda, ty masz piec centymetrow rozwarcia…
I podrywa sie jak oparzona i wydaje szybkie polecenia poloznej zostawiwszy mnie w dosc nieprzyzwoitej pozie na fotelu, ciagnie za rejke biednego J. Polozna zas w tempie ekspresowym odziewa mnie w koszulinke szpitalna w kropeczki i pedzi do cichego pokoiku, gdzie zajmie sie mna do konca.
-Ale co z moja lewatywa?-wydaje mi sie, ze wlasnie to powiedzialam, ale z tego wszystkiego myla mi sie koncowki i wszystko brzmi, jakbym chciala sama wykonac lewatywe, na domiar zlego na poloznej, miast na sobie. Jej zas kamienna twarz na moment zmienia sie w jakis marnawy polusmiech.

23.00. Dostaje upragniona lewatywe. Zanurzona w szczesciu, bo po dziewieciu miesiacach cierpien, wreszcie czuje radosna pustke w sobie. Z toalety wysylam kilka wiadomosci do znajomych, niech mi ktos kibicuje, bedzie mi razniej. I kiedy tak sobie siedze, nagle robi sie supelnie cicho za drzwiami. Zaskoczona podnosze sie z pozycji siedzacej i nie wydajac zadnych dzwiekow otwieram bezszelestnie drzwi od toalety. Nikogo nie ma.
-Jest tu ktos?
Cisza.
-J? DrV? Siostro?
Cisza.
I dopada mnie jakis wielki niepokoj, bo wszyscy mnie zostawili, bo jestem zupelnie sama, bo to chyba jakis niekoniecznie wesoly zart… Buzujace hormony poteguja uczucie osamotnienia, zupelnie niepewnie wlaze na lozko na srodku pokoju, siadam i czekam…
Na szczescie wracaja. J i drV z kubkami z kawa w reku, polozna z tlumokiem z ciuchami dla J.
-Czy ja tez moge prosic kawy? Cosik spiaca jestem…-pytam niesmialo.
Kawy nie dostaje. Dowiaduje sie za to, ze mam jeszcze jakies 15 minut na ewentualne wziecie prysznica i nacieszenie sie pozycja w miare wertykalna. A potem to juz na wyrko. I pod ktg. I kroplowka… I czekanie… czekanie… czekanie…
I tak drV i polozna zostawiaja nas samym sobie na owe 15 minut.
23.15. Cos tam boli. J stoi oparty tylem o rzad musztardowozoltych szafek i odmierza czestotliwosc skurczy. Do twarzy mu w tym szpitalnym mundurku. Ja siedze na stole nakrytym bialym plotnem i zastanawiam sie, czy ja w ogole kiedys urodze, bo skurcze raczej marne, choc czeste. Z nudow rozgladamy sie dookola, po raz kolejny zauroczeni gustem projektanta, ktory wpadl na pomysl pomalowania wnetrza porodowki na musztardowo-zolto z bladoniebieskimi wykonczeniami. Z jeszcze wiekszych nudow podczytujemy liste z wyszczegolnionymi przyrzadami potrzebnymi w trakcie porodu. Polskich nazw nie znam, chyba wole nie znac. Raz uslyszalam “kleszcze” i “proznociag” i tak mnie owe nazwy zmrozily, ze postanowilam wowczas, ze nigdy, przenigdy i za zadne skarby tego swiata nie urodze dziecka.
Ale na mnie nawet “dzwignia” dentystyczna dziala paralizujaco…
Stad salwy smiechu czytajac o “noznicach” i “nocovnikach”…

Krotko pozniej pojawia sie polozna i z kamienna niezmiennie twarza zapedza mnie do pokoju porodowego. Slodko urzadzone pomieszczenie z uroczym, miekkim materacem, wielka pilka, sprzetem grajacym i generalnie domowa atmosfera, spod ktorej niesmialo, aczkolwiek trudno przeoczyc, przezieraja muszardowe sciany. Pewna dlugich godzin slodkiego oczekiwania, rzucam sie na materac i kaze nieocenionemu J polozyc sie obok w celu odbycia milej konwersacji na tematy dowolne.
-Spokojnie-Kamienna Twarz na to-najpierw zbadamy rozwarcie.
“Jakie rozwarcie?” mysle sobie, “bole jakies takie niekonkretne, wiec pewnie i nic sie nie dzieje”, ale pokornie wdrapuje sie na lozko i rownie pokornie rozkladam nogi. DrV bierze sie do pracy i znowu prawie zamiera z zaskoczenia, choc ja niemal tego nie dostrzegam, bo swiergole z J i tradycyjnie juz uprzedzam, ze nie zycze sobie jego osoby od strony podwozia i ze uprzejmnie prosze o strofowanie mnie na wypadek jekow, krzykow, wycia i arii wysokim glosem. Wciagnieta w budujaca rozmowe z wlasnym malzonkiem jedynie katem oka dostrzegam, ze Kamienna Twarz wbija mi igle w nadgarstek i montuje skomplikowane systemy pasow na brzuchu.
-Zaraz, ja jeszcze musze do toalety-probuje wyplatac sie spomiedzy kabelkow i drucikow.
-Magda-DrV na to, -rodzisz, masz prawie siedmiocentymetrowe rozwarcie…
I jakby wlasnie na to dictum chwyta mnie potezny skurcz. Lekko zaskoczona spogladam w kierunku ktg a na moich oczach rysuje sie wielki jak K2 zapis. I jeszcze podnosze wzrok troche wyzej, zeby zerknac na zegar. Jest 23.40…
Skurcze regularne, co dwie minuty. Intensywne. Oh, jak bardzo.
Zapominam o potrzebie powstrzymania sie od blamazu na arenie miedzynarodowej i pomagam sobie cienkim glosem. Najpierw cichutko postekuje, potem plynnie przechodze w Celine-Dion, zeby na samym szczycie skurczu wydrzec sie jak obdzierana ze skory. A kiedy skurcz ucicha, nagle przychodzi niesamowite olsnienie. To pomaga!
-To pomaga!-dziele sie ta niezwykle odkrywcza wiadomoscia z reszta swiata, tutaj reprezentowana przez DrV, J i Kamienna Twarz.
-To, czyli co?-chce wiedziec J, a DrV jedynie sie usmiecha.
-Darcie mordy-nie probuje nawet szukac ladniejszego okreslenia, bo moj wzrok znowu skoncentrowany na zapisie ktg, ktory pokazuje nadchodzacy nieublaganie kolejny skurcz.
-Dobra, idzie nastepny…- i chwytam J za nadgarstek i sciskam z calej sily.
Jak dlugo to trwa, nie potrafie powiedziec. Moge jedynie policzyc szybko w glowie i wychodzi na to, ze mialam jakies 12, moze 15 “nastepnych…” Wszystko bowiem dzieje sie tak szybko, ze… przegapiam pierwszy bol party. Czuje jedynie, ze juz cisnienie nagle robi sie tak potezne, ze wykrzykuje zdlawionym pod naporem skurczu glosem:
-Ja musze od toalety! Ja musze!
DrV ze stoickim spokojem przewraca mnie na plecy i zaglada okiem eksperta…
-Przyj.
Cisza z mojej strony. Az po dlugich kilku sekundach:
-Jak to? Juz?
I zanim sie dobrze zdziwie, juz pre.
I widze, ze J caly jak w blokach startowych, jakby dziecko mialo wyskoczyc jak z katapulty a on byl jedynym, ktory moze je uratowac od rozbicia sie o sciane. Ja zas niepomna ostrzerzen wielokrotnych i wyglaszanych z uporem osla, prac z calej sily, wyduszam te slowa:
-J, widac glowke? Widac glowke?
Nieoceniony J jeno jakby na to czekal, z usmiechem dzieciaka przesuwa sie w miejsce zakazane i chyba jedynie po to, zeby mnie wesprzec duchowo mowi malo przekonujacym tonem:
-Widac… widac…
Drugi party za nami, DrV instruuje spokojnym glosem:
-Teraz sie skup i sprobuj urodzic glowke, a w nastepnym parciu wyjdzie cale dziecko, ok?
-Ok, ok-macham nerwowo glowa, ale zamiast tak naprawde sluchac, mam w glowie tylko i wylacznie “maszyne, ktora robi piiiiiiing”… Ale kiedy w koncu przychodzi kolejny skurcz, nagle i nieoczekiwanie powaznieje i pre z taka moca, ze… z ogluszajacego wysilku wyrywa mnie dziki wrzask.
I to nie ja tak krzycze.
Podnosze sie lekko na lokciach a na moim brzuchu juz laduje jakies male sliskie i straszliwie krzyczace stworzenie. Dotykam z niedowierzaniem i jakas absurdalna mysl przychodzi mi do glowy… “Ales ty niespecjalnie ladny, kolego… Wygladasz jak… jez…”, ale powstrzymuje sie od podzielenia sie przemysleniami z reszta swiata i probuje uspokoic tego wierzgajacego mlodzienca glaskaniem po mokrym cialku.
-Wow, ale jestes fajny… Moj ty, jezu!

Nieoceniony J jest wniebowziety. Gapi sie z niedowierzaniem na tego krzykliwego cudaka i DrV musi go dobrze szturchnac, zeby wreszcie chwycil nozyce i przecial pepowine. A mnie sie w glowie kreci, moze od wysilku, a moze od naglego przyplywu milosci do zdezorientowanego tlumoczka. Glaszcze dlugie czarne wloski, zakrywam golasa dlonia, pewnie mu zimno…
-Zimno mu chyba-mowie do DrV, a Kamienna Twarz juz chwyta Alka i machajac mi przed nosem jego jadrami uderza w takie slowa:
-Chlopak, nie?-a wszystko brzmi, jakby obwieszczanie komus, ze wlasnie urodzil dziecko plci meskiej bylo dla niej rownoznaczne z wyznaniem, ze wlasnie chce jej sie siku. Dobrze, ze nie czeka na odpowiedz, zabiera Alka i J i prowadzi w kacik, gdzie Dziecko Numer Dwa zostaje okutane w pieluszki i doprowadzone do stanu przypominajacego juz bardziej istote ludzka niz cokolwiek innego.
“0.20, chlopiec, ma na imie Aleksander Julian, 3000g i 50 cm, 10pkt w pierwszej i 10pkt w piatej minucie zycia.”
A ja dalej na stole, w rekach zmeczonej DrV, dostaje dwa honorowe szwy (tradycja jakas, czy co?) i natychmiast usiluje zejsc z lozka. Powstrzymuje mnie na szczescie silne ramie Kamiennej Twarzy, bo wlasnie kiedy juz prawie osiagam pozycje wertykalna, wielki zawrot glowy sprawia, ze robi i sie ciemno przed oczami.
-Spokojnie, nie tak szybko, zaraz ci pomoge-i Kamienna Twarz bierze mnie pod lokiec i prowadzi na nogach jak z waty do lozka na korytarzu.
Owiniety w pieluchy Alek laduje na mnie juz chwile pozniej, rozdziawia buzie w bezwstydnym ziewnieciu i z najwiekszym trudem otwiera oczy. Czarne jak smola. Gapimy sie w ciszy na tego cudaka i przez kilka sekund jestesmy najpowazniejszymi ludzmi na tym swiecie w niemej kontemplacji, w blogiej radosci, w oslabiajacym uczuciu oszolomienia momentem.

Ale chyba nie jest nam dane pozostac w tym olsnieniu na dlugo, bo juz ulamek sekundy pozniej zaczynaja mnie swedziec piety i oddawszy dziecko w ramiona czulego ojca, udaje sie na szybki obchod opustoszalej porodowki w poszukiwaniu nowych wrazen. Nie, niczego fajnego nie znalazlam. Natknelam sie na Kamienna Twarz, ktora rzucila zdawkowe “Dobranoc” i ulotnila sie jak kamfora. DrV jeszcze krzatala sie gdzies na zapleczach, ale chyba spieszylo sie jej juz do wlasnego potomstwa, bo juz w okolicach 1.00, juz w cywilnym ubraniu przyszla sie pozegnac.
Alek zassal jeszcze cyca, dumny ojciec strzelil jeszcze kilka uroczych fotografii, powiadomilismy krewnych i znajomych krolika i tak zlecialy nam przepisowe dwie godziny, po ktorych wpadla zdyszana pielegniarka z polozniczego i zaciagnela mnie i Alka na lozku do spokojnej sali nr6, gdzie mialam spedzic kolejne trzy dni mojego zycia z Alkiem u boku.
Bylo nam dobrze tej nocy, choc ja nie moglam spac. Alek posapywal przez sen a ja cala wsluchana w niego jakos nie mialam odwagi zamknac oczu. Poza tym zegar na wiezy ratusza w Sanpeter pri Goricii regularnie co 15 minut wyrywal mnie z lepkiego polsnu. Jeszcze mialam go pozniej przkelinac z calego serca…
Zakochalam sie w Alku. Nie na zarty. Na dobre.
Jest. Ale wlasciwie jakby byl od zawsze.
I jeszcze raz przychodza mi do glowy te same slowa, ktore splynely na mnie w dniu przyjscia na swiat Adamka.
“Skad sie wziales? To proste. Jestes caly z milosci…” (G. Ciechowski)

A propos zas zakupow poczynionych tamtej soboty… cale kilogramy mandarynek trafily do smietnika.
Gabek do teraz nie moge znalezc, choc mam wrazenie, ze to raczej zasluga Adama. Morele w czekoladzie czekaja na lepsze czasy.
A nieoceniony J mial najpiekniejszego siniaka na nadgarstku, jakiego mozna sobie wyobrazic.

05/01/07
Doskonalosc natury i kroki milowe

Podobno w wielce skomplikowanych procesie ewolucji zycie przyjmowalo zawsze najbardziej wygodna i “inteligentna” ze wszystkich mozliwych testowanych form. Stad nawet na poziomie komorki dzieja sie takie cudenka, ze ich doskonalosc wprowadza nas w absolutne oslupienie i uswiadamia nam malenkosc naszego pojmowania.
Stoje zapatrzona w swoje odbicie w lustrze. Pomijam fakt, ze wygladam z grubsza nieciekawie jesli chodzi o atrakcyjnosc fizyczna, choc wszystko jest podobno sprawa gustu i upodobania, moj wzrok koncentruje sie w okolicach mojego brzucha. Jest… brak mi slow… brak mi nawet wyobrazni, zeby siegnac po tak wielkie rozmiarowo porownanie.
Maz ze wspolczujacym niedowierzaniem w glosie nie sili sie nawet na mily komentarz, jeno rzuca zupelnie szczerze, “Dziwnie… to wyglada.” Przy czym jego “dziwne” to nie “dziwnie-ciekawie”, a “dziwnie-odrzucajaco”, jak z cyrku dziwow, gdzie obok kobiety z broda, faceta podnoszacego dwudziestokilowe odwazniki za pomoca metalowych koleczek przebijajacych jego sutki, karla z penisem i piersiami powinien znalezc sie moj brzuch. Jakby na potwierdzenie tego, brzuch zaczyna wykrzywiac sie w niekontrolowanym tancu, z tendencjami do skupiania wypuklosci raz po prawej, raz po lewej swojej stronie i tak faluje jak obce cialo, galaretowato przy tym sie wyginajac, zeby wreszcie zaczac trzasc sie miarowo i regularnie w samym dole.
- Czkawke ma… – tlumacze…
A w nocy boli, a chodzic nie moge. A prezy sie, a trzesie, a przeszkadza na kazdym kroku. Nie wspomne juz o tym, ze oddychac nie moge, jedzenie boli, siedzenie na krzesle tez, polezec moge przez chwile, bo zaraz cos dretwieje. Ja, posiadacz najwyzszego znanego mi progu bolu, zwijam sie i placze w nocy pod koldra, bo czuje, ze moja miednica to jeden wielki, ognisty kielich cierpienia, rozpychany od wewnatrz powiekszajacym sie systematycznie balonem.
I tylko jedna mysl w mojej glowie…
Ewolucja! Chybas zbladzila! Coz za inteligentna forma? Co bylo nie tak ze znoszeniem jaj? Z wysiadywaniem?
Eh…
Inna rzecz, ze jeszcze tak dlugo nie bylam w ciazy…
Adachu wyrwal sie jak Filip z Konopii, wiec nie zdazyl chyba nadokuczac. A moze to juz lata nie te?
A skoro juz o Adachu…
Od czasu Swiat Bozego Narodzenia, ktorych to swiat wielkim zwolennikiem nie jestem (za duzo, za duzo, za duzo wszystkiego na raz!), Dziecko stalo sie przedmiotem nieustajacego usmiechu, nawet jesli wykrzywionego przez bolaca miednice.
Dziecko gada. Duzo, namietnie i w trzech jezykach.
Zaczelo sie jakis czas temu, ale wlasnie w okolicach Swiat przybralo rozmiary powodzi slownej.
25.grudnia, 7.00 rano. Lezymy w lozku. Dziecko przypelzlo jakas godzine temu, ma chlopaczek w zwyczaju zbudzic sie wczesnie jak skowronek i przybiec dospac co swoje w lozku matki i ojca (ku naszej generalnej uciesze, bo nic tak nie rozczula, jak male cieple cialko wcisniete miedzy nas). Jeszcze sen w nas, jeszcze oczy zacisniete, jeszcze glowy w chmurach. Czuje, jak sie na mnie tarabani jakies senne zwierzatko. Nie otwieram oczu. Celowo udaje, ze spie. Ktos oddycha mi prosto w twarz podparty na lokciach na mojej klatce piersiowej i wiem, czuje pod skora, ze usmiecha sie najpierw powoli, potem co raz szerzej, w koncu szelmowsko. “Kokime,” slysze nad soba i zanim zdaze zareagowac, cos mnie slini od czubka nosa po koniec brody. A potem juz tylko wykrzykuje “Kokime!” “Mama up!” “Nio, sian!!!” (dla niewtajemniczonych brzmi, jak nic, prawda? a w wolnym tlumaczeniu, “kocham cie, ale wstan juz, dobrze?”)
Wybuchamy smiechem.
Nagle Dziecko przypomina sobie, ze przeciez wczoraj znalazl pod choinka trzy prezenty, a przed snem zawiesil jeszcze skarpete na oknie, wiec… moze…moze… jednak…
I pedzi na zlamanie karku tup, tup, tup do pokoju, gdzie… zamiera, kamienieje i slyszymy juz tylko, ze nasze drogie, dwuletnie Dziecko doprowadza sie niemal do hiperwentylacji na widok wypelnionej po brzegi skarpety i miliardow pudel ustawionych jedno na drugim…
Tup, tup, tup, biegnie w pelnej ekscytacji do naszej sypialni i drze sie w niebo glosy “Sianka kam!!!” (Santa came, znowu dla niewtajemniczonych), trach! upada w drzwiach, ale ani obite chude kolanka nagle wypelnione bolem, ani proby wytemperowania napadu ekscytacji z naszej strony nie powstrzymuja lawiny. Chwyta nas za palce i ciagnie z calej sily do choinki.
Ciesze sie, ze go mam, nagle ciesze sie, zupelnie nieoczekiwanie dla mnie samej i chyba dla calego swiata, ze sa swieta. Dla takich chwil warto bylo myc podlogi na kolanach, wazyc gary bigosu, lepic pierogi, targac drzewko, dekorowac, klac na mrugajace lampki…
Bo “Sianka kam”…

Po drodze jestesmy tez swiadkami milowego kroku w zyciu Dziecka, ktore nagle zaczyna rozumiec, ze “jak Kuba Bogu, tak Bog Kubie…”
Adach opanowal trudna sztuke mowienia “prosze,” “dziekuje,” i “przepraszam.” Ponownie zadanie o tyle trudne, ze musial nagle znalezc sie kulturowo w trzech roznych jezykach.
Idzie mu calkiem niezle.
Wypowiadane blagalnym glosem “pooooosiiiim” albo “piiiiiiiiiiiis” doprowadzaja nas do atakow topnienia serca. A zalosne “pasiam” albo “ajsioji”, zazwyczaj wypowiadane z oczami pelnymi lez i buzia wykrzywiona grymasem doprowadzaja na skraj emocjonalnego odurzenia miodem.
Gdyby jeszcze Dziecko zachcialo jesc cos wiecej niz “dzinki” (rodzynki) i chleb w sladowych ilosciach… pewnie bylibysmy najszczesliwszymi rodzicami na swiecie.
Ale to juz zupelnie inna historia.
15/12/06
Grudzien to dlugi miesiac

Przychodzi taki moment zycia, ze nagle i niespodziewanie dostrzegasz, ze wlasciwie nic sie nie dzieje.
Normalnie wielka, niepowstrzymana, wszechobecna i wciagajaca z moca odkurzacza nuda.
Niecierpliwosc oczekiwania na Alka pieszczotliwie zwanego Saszka jakos spowszedniala. Notuje zdecydowany brak entuzjazmu, ktory towarzyszyl mi w pierwszej ciazy. Moze jakos bardziej jestem znuzona, moze bardziej zaczyna do mnie docierac nieodwracalnosc faktu, szorstki powrot do nieprzespanych nocy, cieknacego biustu, zapuchnietych oczu i rozwleczonej pidzamy przez caly dzien. Po cudownym doswiadczeniu porodu przychodzi pierwsze kilkanascie euforycznych dni, po ktorych z koleji, nieuchronnie nastepuje okres wtapiania sie w rzeczywistosc, oswajania calkiem nowej, ale jednak codziennosci. Jak to, nikt juz nie gratuluje z powodu dziecka? Nikt juz sie nie zachwyca? Chyba wszystkim sie znudzilo.
A tak szczerze… No ile mozna?
Szkoda tylko, ze ta swiadomosc dopadla juz teraz, kiedy Saszka jeszcze siedzi w brzuchu (coz za nieadekwatne okreslenie! po pierwsze: nie siedzi tylko stoi na glowie zwiniety w klebek, po drugie: siedzenie chyba implikuje relatywny bezruch, ktorego w przypadku Saszki absolutnie nie notuje…), bo z takim nastawieniem…
Ot, mielismy wczoraj szybka powtorke z rozrywki w postaci wojny z biurokracja i proby zrozumienia, jak dzialaja i jakimi zasadami rzadza sie slowenskie szpitale.
Odzialam sie przyzwoicie, oddalam Dziecko Nr Jeden w dobre rece, dolozylam do tego wszystkiego wzglednie ludzka fryzure (o tym troche pozniej), lekki mejkap i wyruszylam w kierunku najokropniejszego kolorystycznie szpitala, jaki kiedykolwiek w zyciu widzialam. Szczesciem wielkim i zrzadzeniem losu nie musialam w rozowo-brudnozielonym i z lekka futurystycznym jak na lata siedemdziesiate kiedy powstal budynku uzywac krwistoczerwonych wnetrz wind. Niestety, nie udalo sie uniknac obcowania z musztardowo-zoltym i budno-niebieskim oddzialem polozniczym. Zanim jednak tam trafilam, prawie polamalam sobie nogi na schodach (polozniczy-trzecie pietro, izba przyjec-parter) i jezyk (bo trudno wytlumaczyc cos w jezyku, ktorym wlada sie na poziomie przetrwania w sytuacji kryzysowej, szczegolnie kiedy trzeba mowic o szczegolach anatomicznych wlasnego ciala do kogos, kto mowi szybko i do tego wszystko mu jedno). W kazdym razie po jakichs czterech rundach gora-dol, pewna, ze zaraz zacznie sie akcja porodowa i ze lzami w oczach, ale za to wyposazona w odpowiednie “nalepki” (lokalny koloryt, naklejki z kodem kreskowym pacjenta) zasiadlam na wprost starszawej poloznej w celu zmierzenia cisnienia.
I tu sie zaczely schody, a raczej tutaj sie schody dopiero unaocznily, bo kobieta popadla w kompletna panike na widok wyniku, ktory wskazywal wszystko, co najgorsze, z zatruciem ciazowym wlacznie. Moje usilne proby wytlumaczenia kobiecie, ze wlasnie odbylam ciezarowkowy maraton po schodach szpitala, spelzly na niczym. Blada z podnecenia kobieta zaczela wydzwaniac w poszukiwaniu DrV, mojej dobrej duszy calego przedsiewziecia.
Na szczescie pojawila sie jak aniol, zmeczona i z podkrazonymi oczami, z nowym kolorem w odcieniu balkan red na glowie i na spokojnie wysluchala wreszcie mojego tlumaczenia.
Kilka minut pozniej lezalam juz spokojnie pod ktg a i cisnienie cudownie opadlo…
Lezac pod ktg myslalam o tym, ze kiedy pierwszy raz sluchalismy serca Adacha, w tym samym szpitalu, przy tej samej DrV, na tym samym oddziale, bylismy tak wsciekle urzeczeni, ze przez godzine siedzielismy jak kolki zasluchani w cudowne stukanie z aparatu.
Troche zabraklo mi tego entuzjazmu, poczulam sie lekko niepwenie wobec mojego biednego Alka, troche bylo mi przed nim wstyd. Wstyd za to, ze nie ma juz we mnie tej pasji pierwszego macierzynstwa, tego oszalamiajacego uczucia, ze tu, na moich oczach wlasnie zdarza sie cud…
Z tej nostalgicznej wycieczki wglab siebie wyrwal mnie na szczescie sam zainteresowany, serwujac mi gigantycznego kopniaka w zebra…
W drodze powrotnej ze szpitala odebralam zniecierpliwione lekko Dziecko Nr Jeden od opiekunki.
Podobno zjadl u niej dwa swiderki makaronu. Wow. Powalajaca ilosc.
Tutaj chyba winna jestem male wytlumaczenie.
Otoz Adach postanowil nie jesc. Wbrew wszelkiej logice i wszelkim prawom natury. Za wyjatkiem rodzynkow, orzechow i ponad polowy litra jogurtu dziennie, nic nie znajduje drogi do jego zoladka. Uparl sie. I juz.
Zdenerwowana takim stanem (poglebiajacym sie od dluzszego czasu), zmusilam sie nawet do wizyty u lekarza (brrr… nalepki…), ktory pobral krew (brrr… znowu nalepki!!!) i uznal, ze wyniki na granicy, ale w sumie w normie, choc waga moglaby wreszcie pojsc w gore
Czekam zatem cierpliwie i staram sie nie zwracac uwagi, nie poganiac, nie popychac, nie zmuszac, nie zachecac.
Ciotka D. ma nawet pewna teorie na te okolicznosc. Otoz twierdzi, ze Dziecko Nr Jeden wstaje w srodku nocy i wyzera z lodowki pokatnie, kiedy nie widzimy. Chyba dla potwierdzenia tejze teorii zaciagne honorowa nocna warte u wrot lodowki i bede cierpliwie czekala…
Zanim zapomne… Po drodze zdarzyly sie tez drugie urodziny dziecka. STO LAT, Bablu!
Jakos tak krotko przed uznalam, ze jesli natychmiast nie dokonam jakiejs rewolucji w swoim zyciu, to zamienie sie niechybnie w osowiala matrone z robotka reczna w dloniach usadzona jak posag w fotelu przed telewizorem (wylaczonym, bo jakos mnie moje wlasne pudlo tragicznie denerwuje..). Coz, wielkie slowa, skonczylo sie na pofarbowaniu wlosow (wspomnaina wyzej nowa fryzura). Coz za porazajacy akt odwagi!
I to byla ktoras sobota, i wrzucilismy nasze wymeczone tygodniem ciala do samochodu (maz tygodniem pracy, ja tygodniem, ktoryms z koleji, mojej ciazy) i wraz z rzeskim jak zwykle Adachem przekroczylismy granice wloska w miejscowosci Vrtojba. Slonce swiecilo niemrawo po to, zeby po godzinie schowac sie zupelnie i zostawic nas osowialych w centrum handlowym w Gradisca d’Isonzo, gdzie wrzucalismy do kosza co popadnie. Jakos wydanie wielkiej kupy pieniedzy wprowadzilo nas w dobry humor, a i Adach zaskoczyl, bo sam wyciagnal sobie z kosza bulke, ktora sam zjadl (probowal jeszcze sam wyciagnac wegorze i homary z wielkiego akwarium przy stoisku rybnym, ale mu nie pozwolilismy, fe, na sushi jeszcze za mlody!).
Posrod zupelnie przypadkowych artykulow znalazl sie rowniez zupelnie przypadkowo, przypadkowy kolorystycznie zestaw do robienia pasemek na glowie.
I tak spedzilismy wieczor na tychze niecnych praktykach. Maz zostal zaprzezony do wyciagania pasemek wlosow przez mikroskopijne dziurki w uwlaczajacym godnosci ludzkiej czepku na mojej glowie. A kiedy farba gotowala sie na mojej glowie odbierajac moim biednym wlosom resztki zycia, rodzinnie spozywalismy posilek zlozony z grilowanych krewetek, cali ociekajacy oliwa z pancerzykow. Najbardziej ociekal Adach, wielki wielbiciel krewetek pod niemal kazda postacia…
Efektem wieczoru byly nie tylko tluste rece i tluste plamy na ubraniach. To bylo jak jeden wielki fajerwerk smiechu, bo po drodze, farbujac wlosy, pofarbowalismy rowniez dlonie, Adachowe krzeselko do karmienia i wielkie polacie mojej bluzki.
Tutaj musze koniecznie zacytowac nasza rozmowe.
-Hej, pofarbowalas sobie bluzke, sierotko jedna…
-Phi tam.
-Czyz instrukcje nie nakazywaly specyficznie nakrycia ramion recznikiem przed przystapieniem do farbowania?
-Wiesz, ja chyba wole juz zafarbowac te rozciagnieta na wszystkie strony bluzke niz ktorys z naszych cennych recznikow.
-Masz racje… Choc z drugiej strony… Wkrotce, te porozciagane ciuchy beda u nas na wage zlota. Nie zapominaj.
Ah, jakze sie czlowiekowi standardy zmieniaja, kiedy pojawia sie dziecko… O, tak, beda na wage zlota, bo kaszmiry, tiule, jedwabie pojda na odpoczynek do czasu, kiedy Dziecko Nr Dwa nie przestanie ulewac, moczyc, slinic itp.
A wlosy? Eeeee, kiepsko wyszly.
Przepraszam za nude. Juz wiecej nie bede.
20/11/06
Bolesnosc zywota
Wlasnie dzisiaj zaczynam swoj 31wszy tydzien. A moze to Saszka zaczyna 31wszy tydzien swojej mozolnej wedrowki w kierunku dnia narodzin, to nie ma wiekszego znaczenia.
Od poczatku bylo jakos… tak ciazowo…
Nie nekaly mnie wymioty, ale mdlosciami moglabym obdzielic siodemke ciezarnych. Zaraz jak przeszlo mdlenie i modlitwy do poduszki o rychle bekniecie albo przyspieszenie czasu, zaczelo sie tycie. Tycie, przez duze “T.” Co ja tam wypisuje, przez gigantyczne, gargantuiczne, wypietrzone jak te Alpy za oknem “T.”
Niech bedzie, sie tyje, bo ciaza, bo dziecko, bo trzeba zgromadzic zapasy…
Szkoda tylko, ze tak ciezko doswiadcza to moj kregoslup. Zapewne nienawykly do obciazen prawie jak u pilotow samolotow odrzutowych, ktore to maszyny przy 120km/h podnosza zaledwie przednie koleczko do gory (swoja droga probowalam z samochodem, nawet przy 170km/h nic mi sie nie podnosi, jak oni to robia?)
Ot, nieodparte wrazenie moje wlasne mowi mi, ze moje cialo osiagnelo swoja maksymalna rozciagliwosc i nic sie wiecej nie da dodac, bo i gdzie, bo i jak, bo niby w ogole po co?
Wszystko mnie zatem boli.
Stad leze.
Pomnikowo ulozona na kanapie, ze stosem poduszek misternie rozmieszczonym w okolicach uwypuklen i wklesniec mojego ciala, bez ruchu, zeby niepotrzebnie nie naruszac ekwilibrium poduszkowej konstrukcji. Ograniczam swoja aktywnosc do minimum, choc to wyzwanie dla matki rozbieganego dwulatka, dla ktorego spacer to lekki truchcik przez cale miasto (nawet jesli tylko takie malenkie jak moje), po zmroku (czy bedac bardziej precyzyjna, po upchnieciu dziecka w lozeczku i nastaniu pory dla doroslych) aktywnosc moja niemal zamiera, nie liczac kilkunastu minut cwiczen (niezbyt forsowny zestaw cwiczen dla ciezarnych chyba opracowany raczej przez jakiegos ostroznego geriatre niz sensownego fizjoterapeute) i dostojnego przerzucania kartek w ksiazce.
A leze dlatego, ze mnie wszystko boli.
A boli, bo sie nie ruszam i leze.
Dorze chociaz, ze stac mnie jeszcze na jakas szczatkowa dyskusje z moim wiernym towarzyszem ciazowej niedoli. Nawet jesli jest ona tylko pozorna wymiana zdan.
-Zono, boli mnie kostka…
-Mezu, mnie cale zycie boli…
Eh, byle do stycznia…
10/11/06
Poranne bezmyslnosci
Ot, jeszcze nawet nie blady poranek w moim domku.
Adachu wygrzebal sie ze swojego w pocie czola przez ojca nabytego lozka dla duzych chlopaczkow o 5.30 i powedrowal prosto do duzego pokoju, gdzie umoscil sie przed wylaczonym telewizorem w zupelnej ciemnosci, oblozyl swoimi klamotami i siedzi. Nikomu nie jest wcale do smiechu. A na pewno nie mnie, tym bardziej, ze pierwsza probe rzucenia sie w wir pochlaniajacych zajec codziennych dziecko podjelo jakies dwie godziny wczesniej. Przetlumaczenie upartemu dwulatkowi, ze jeszcze wszyscy spia, nawe ryczace wiecznie bejbi zza sciany, zajelo mi jakies 20 minut. I chyba tylko argument, ze owo ryczace bejbi zza sciany sie obudzi i zacznie swoje operowe popisy, przekonal Adacha do zebrania swoich klamotow i powrotu do cieplego lozka.
Nie wiem, czy warto podejmowac proby po raz drugi, ale perspektywa sleczenia w ciemnicy poranka na kanapie zupelnie do mnie nie trafia. Targam wiec Adacha do naszego lozka dla doroslych, gdzie mosci sie nawet bez protestow anektujac moja poduszke, moja przestrzen, moje miejsce w lozku. Zwijam sie jak slimak na polowie metra kwadratowego u stop wlasnego dziecka, ktore kreci sie, wierci, rzuca, pomrukuje, buczy, wzdycha i przeklada swoje klamoty z miejsca w miejsce.
A klamotow jest wiele.
Jest Straszny Lew. Mile pluszowate stworzenie z nienagannie wykrojonym lwim pyszczkiem i grzywa jak kwiatek, ubrudzone do granic mozliwosci, ale kazda proba wrzucenia tegoz do pralki, konczy sie niezmiennie fajerwerkiem krzykow, placzu, grozb i zawodzen ze strony wlasciciela.
Jest Kotek od Cioci Rady. Paskudny, wlasnej roboty zwierz, uszyty za to z sercem ze skrawkow starych zalon i podartych obrusow. Umownie nazywamy go kotem, bo kolo kota to on nawet nie stal a juz na pewno kota nie przypomina, no, moze poza wasem z czarnej wloczki.
Jest gumowy Percy i gumowy James. Dwie urocze lokomotywy, bez ktorych nic w naszym domu nie moze sie wydarzyc po 19. Adach kapie sie tylko i wylacznie w towarzystwie tychze, jedynie poprzez namydlenie tychze, udaje sie namydlic dziecko, jedynie poprzez umycie zebow tymze, udaje sie umyc zeby dziecku.
Nie, ani Percy, ani James nie maja zebow, ale za to dziecko ma wyobraznie i jakos to sie toczy.
Jest tez kubek z woda. Przeznaczenie zupelnie nieznane, bo Adach nie chce wcale popijac przed snem, ale kubek musi byc i juz.
I jeszcze opakowanie kremu do twarzy, ewentualnie mala latarka. Nie zeby ich po nocy uzywal, ale nigdy nie wiadomo, kiedy sie moga przydac…
I to wszystko sypia z dzieckiem w jego malym-doroslym lozeczku. I to wszystko musi byc na miejscu, zaraz obok kazdego poranka, kiedy dziecko wygramala sie ze swoich pieleszy.
Dlatego niemal kazdego dnia budzi nas smetne zawodzenie dziecka, ktore albo nie moze chwycic wszystkiego w swoje rece (do noszenia na raty chyba jeszcze nie dojrzal), albo idzie gubiac caly ten swoj cudowny dobytek po drodze z wlasnej sypialni do duzego pokoju.
Wracajac jednak do bladego-jeszcze-nie-poranka…
Po 40 minutach krecenia sie jak wegorz, dziecko zasypia w pozycji na chinskie osiem. Proby opisania nie maja sensu, chyba brak slow, zeby opisac katy wychylenia poszczegolnych czlonkow, dziecko wyglada jak posiadacz dodatkowej pary rak i ze dwoch par nog…
A potem tluste slonce wynurza sie leniwie zza krawedzi gor i juz jest prawdziwy poranek i dziecka juz niczym nie da sie oszukac. Zatem podnosi swoja zdziwiona glowe i caluje mnie prosto w okolice ust z wieeeeelkim poslizgiem. Chcialoby sie krzyknal “leeeee”, ale nie wypada, wiec odbywamy poranna runde tulenia i przez chwile wsluchujemy sie w ryk bejbiego zza sciany.
I wszystko toczy sie swoim naturalnym rytmem. Dziecko ciaga matke za reke, zeby wreszcie opuscila loze, matka sie tak latwo nie daje, nie, nie dlatego, ze nie chce, ale dlatego, ze ma juz jakies 9 kilo na plusie, brzuch jak stulitrowy baniak wina i rozne nadmiary tu i tam, szkoda, ze tak nierownomiernie rozmieszczone. Pelzniemy do kuchni, Adach walczy z jogurtem (juz, juz prawie opanowal trudna sztuke otwierania, nalewania do kubka bez rozlewania i wyrzucania butelki bez plamienia podlogi), matka wstydliwie zakrywa swoje nieatrakcyjne czlonki odzieniem maskujacym niedoskonalosci, myjemy gdzies po drodze zeby, leca teletubisie (pogardzane przez dziecko, uwielbiane przez matke, bo nie wywoluja tak skrajnych emocji jak Thomas the Tank Engine), dziecko wybiera sniadanie (platki z rodzynkami i banan), ktorego i tak prawie nie zje…
Gdyby nie ten naturalny rytm, skazana bylabym na kompletny, wszechogarniajacy, bolesny az do krwi chaos. Wpisanie biednego Adacha w ramki codziennego dnia, jakkolwiek okrutne wydaje sie na pierwszy rzut oka, uchronilo mnie chyba i chyba ciagle jeszcze chroni przed nieunikniona katastrofa zagubienia sie w natloku obowiazkow, przymusow, koniecznosci i zadan.
Bo moja biedna ciezarna glowa (ha, niech mi ktos probuje wmowic, ze ciaze nosi sie tylko w brzuchu!) popadla w stan odretwienia i jedyne pocieszenie dla mnie to tlumaczenie sobie, ze musze teraz podzielic sie swoimi szarymi komorkami i zasobami z jeszcze jednym czlowieczkiem.
I mam wielka nadzieje, ze owe zasoby sa odnawialne, inaczej to chyba cos jakby hospicjum dla moich planow zrobienia jakiejs kariery (wow, juz nawet nie naukowej, tylko jakiejs kariery w zyciu!), przy czym slowo kariera wystepuje tutaj raczej w znaczeniu umownym, bo nie ma nic wspolnego ze slawa, a jedynie z konsekwentnym dazeniem do jakiegos profesjonalnego celu, niechby to bylo sklejanie masowych kartek swiatecznych w domu… No, tak… z calym szacunkiem dla tych sklejajacych, ja chyba po prostu musze do pracy…
Zamiast tego znalazlam sie dzisiaj rano przed lustrem w przedpokoju (przebiegle slonce pada akurat na to lustro w okolicach 9 rano – kiedy przychodzi Adachowa opiekunka – uwypuklajac wszystkie mniejsze i wieksze zbiorowiska kurzu i smugi na niedoczyszczonej powierzchni…), czyszczac owo lustro Cilitem Bang. Niby duzego bledu nie popelnilam, bo specyfik ow ma spryskiwacz (zupelnie jak plyn do szkla) i nawet butelka troche ksztaltem podobna. Dobrze jednak, ze nie umylam nim sobie zebow tego ranka. Chwile pozniej, ciagle jeszcze w szale czyszczenia, prysnelam kroplami do nosa na szkla wlasnych okularow (aj, tutaj blad wiekszy, bo kropkle do nosa w niczym nie przypominaja butelki z antystatykiem). Ale kiedy zalalam platki Adacha kawa i wlozylam zuzyta pieluche (i to jak zuzyta!) do szuflady z ubraniami dziecka, cos mnie nagle napadlo i zalzawilo moje oczy…
Cos mi chyba do oka wpadlo… bo lzawilo, i lzawilo, i lzawilo…
A jak juz lzawic przestalo, wrocilam spokojnie do rutynowych czynnosci dnia codziennego, zaparzylam kawe dla Rady uzywajac poprawnych ingrediencji, Adach zas swoim zywczajem stanal w blokach startowych u drzwi, zeby natychmiast napasc Rade i zaslinic buziakiem. I tak czekalismy az przyjdzie…
I chyba nic innego, tylko takie wlasnie pelne nadzieji czekanie mi pozostaje.
Wypelnione codziennym niezmiennym harmonogramem zajec dla dziecka i matki, daje sie zniesc…
Oby do wieczora, kiedy malejacy teraz ksiezyc wypelznie na wieczorny obchod, Adach pogapi sie na niego z czuloscia obwieszczajac co 10 sekund “muuuuuuuuun”, potem tradycyjnie nie zje kolacji, potem namydli Percy’ego i Jamesa, potem umyje im zeby, potem odzieje sie w pidzamke w losie, potem wdrapie do lozka, potem poslucha kolysanki, potem zasnie a matka bedzie mogla znowu zalec jak gigantyczny rubensowski ozdobnik na kanapie i poczytac o prawdziwym swiecie…
20/10/06
Matka perfekcyjna ponownie

Ktoregos pieknego dnia, gdzies w okolicach lipca zeszlego roku, moje dziecko zdecydowalo raz na zawsze porzucic ciaganie cyca matczynego na rzecz schabiku w galarecie i koktajlu z krewetek.
Szczerze powiedziawszy, wcale mu sie nie dziwie, sama mam dosc jasno sformulowane stanowisko wobec mleka jako takiego, mleka matki nie pamietam, bom je odrzucila w wieku 5 miesiecy, odrzuciwszy krotko potem zreszta mleko w jakiejkolwiek postaci.
Pech chcial, ze zostalam wowczas nawiedzona przez jedna z nielicznych moich tutejszych znajomych, szczycaca sie posiadaniem az dwojki dzieci, w tym jednej slodkiej potomkini w wieku niewiele odstajacym od wieku Admka (zamiary matrymonialne pojawily sie, jednak wobec niecheci jego do niej i jej braku jakiegokolwiek zainteresowania czymkolwiek za wyjatkiem muzycznej maszyny, ktorej on jest posiadaczem, zostaly zaniechane na czas nieokreslony).
Otoz przy okazji wizyty wyszlo na jaw, ze dziecie moje cyckiem gardzi, co wywolalo szczere oburzenie u kolezanki. Wysluchalam grzecznie jej wykladu o wyzszosci cyca nad nie-cycem i o zaletach dlugiego karmienia (”bo wszystko, co najlepsze malenka J dostaje ode mnie, wiec na twoim miejscu…”). Przemilczalam z zacisnieymi zebami…
Nie zebym posiadala jakies wielkie i niezbite argumenty, ale jakas mnie ogarnela niemoc wobec wartosci moich wyborow (pewnie nie do konca tak zupelnie moich, ale to juz inna zgola para kaloszy) i jej postrzegania przez innych.
Na kazdym kroku natykam sie na zlote rady. Oczywiscie w ich gloszeniu przoduja czlonkinie mojej rodziny, w szczegolnosci jedna, ktora jako zelazny argument zawsze z westchnieniem artykuluje zapatrzona w odlegly punkt (ze niby w przyszlosci) te same slowa… “jak juz bedziesz miala dwojke dzieci nastoletnich, to bedziesz mogla ze mna dyskutowac…” Czy nalezy dodac, ze ow argument pojawia sie na koncu “dyskusji”, skadinad dosc jednostronnej, bo przypominajacej monolog pani wszechdoswiadczonej w obecnosci dzierlatki bez zielonego pojecia o swiecie? Pewnie latwo to odgadnac na wlasna reke.
Czy posiadana liczba dzieci i ich wiek czyni nas bardziej doswiadczonymi?
Czy w ogole wypada radzic komus, kto o te rade nie prosi?
Te wszystkie “wiesz, na twoim miejscu…” “gdybym byla toba…” i “ja to robie inaczej i zdaje sie mam lepsze efekty…” doprowadzaja mnie do szalu.
Bo czyz nie mam prawa bladzic na swoj wlasny rachunek?
Dla potrzeb sytuacji dorobilam sie nawet pewnej wewnetrznej teorii. Otoz owi zawsze madrzy, zawsze poprawni i zawsze najlepsi doradcy szukaja jakiegos glebokiego potwierdzenia wlasnej wielkosci, jakiegos notorycznego przytakiwania ze strony maluczkich niewiedzacych.
Perfekcyjne matki jakby potrzebuja tego szczegolnie.
W pewnej niezobowiazujacej dyskusji pomiedzy mna, pania A i pania M poruszamy kwestie nawykow zywieniowych naszych dzieci (klasyczna dyskusja o zupach, kupach i sloikach w wykonaniu matek).
-Widzialam zdjecie Adamka jak wcina reka kaszke. Nie boisz sie, ze sie nie najada? – juz samo zagajenie w wykonaniu pani A wprowadza mnie w stan alarmu.
-Nie. – wiedziona instynktem nie draze tematu, nie tlumacze, nie puszczam wbrew sobie wody na jej mlyn.
-Ale przeciez on ma dopiero 9 miesiecy. Takie dziecko bardzo szybko sie rozwija, wiesz, jakich wartosci odzywczych mu trzeba, ile paliwa? moja K w jego wieku juz chodzila, a Adam co, chodzi? – A nie daje za wygrana.
-Nie. – mowie zgodnie z prawda.
-Wiesz, ja tam nie wiem, ale ja inaczej dzieci chowam – dorzuce, ze ma tylko jedno, trzy miesiace starsza od Adamka corke. – bardzo dbam o to, zeby zjadala pelen talerz kaszki dwa razy dziennie.
-A jak nie chce? – pytam z ciekawosci, bo moje dziecko objawilo nieokreslonego pochodzenia nienawisc do bycia kramionym przez kogokolwiek i w jakikolwiek sposob w osmym miesiacu zycia i wszelakie proby wetkniecia w niego lyzeczki koncza sie jakims koszmarnym tantrum.
-To jej puszczam bajeczke i bawie sie z nia w “otworz buzke, samolocik leci!” i ona wtedy nieswiadomie zjada. Zawsze mi sie uda oszukac i dzieki temu nie gloduje.
Ha!, mysle sobie, powodzenia! Twoje dziecko najada sie, nie wiedzac, ze je, ale sprytne, przeciez ona nawet nie bedzie kojarzyla poczucia glodu z posilkiem… Ale zamiast jasno wyrazic swoje stanowisko, mpwie tylko:
-Aha… – i wracam do filizanki kawy.
Na to pani M wtraca swoje trzy grosze.
-Ja nie daje jesc corce samej, bo za duzo balagani.
Corka M w chwili rozmowy ma dwa lata.
Niebardzo wiedzac, jakiej reakcji sie ode mnie oczekuje, oddalam wzrok w nieznanym kierunku i znowu daje wyraz swoim odczuciom w dosc niesprecyzowany sposob.
-O, totez to.
I tak mija czas…
Corka A ma w tej chwili powazne problemy zywieniowe. Nie je. Nie widzi potrzeby. Nie wie, czym jest jedzenie z talerza. NIe potrafi siedziec przy stole. Corka pani M, blisko trzylatka, ciagle domaga sie karmienia, widelca nie trzymala w zyciu w dloni (”bo sie pokaleczy”), jej matka odchodzi od zmyslow, bo dyrektorka przedszkola nawoluje ja do nauczenia dziecka samoobslugi.
Ich problemy niekoniecznie wynikaja z sytuacji, o ktorych pisze. Mam nadzieje, ze nie, bo lubie obydwie dziewczyny. Bardzo. Oczywiscie tak dlugo, jak pojawia sie temat dzieci.
Niestety, glownie tego dotyczy nasza korespondencja. Co raz rzadsza ostatnio. Bo ja nie moge jakos sie przemoc i napisac, ze moje dziecko je przy stole, z talerza, kiedy jest glodne, do tego widelcem a ostatnio nawet nieporadnie siega po noz (matki zaniepokojone, takim okraglym, specjalnie dla dzieci), do tego pije z regularnego kubka (rozlewajac, wiec wlasciwie te czesc wiadomosci moglabym spokojnie umiescic w mejlu).
Zrobilam ten blad jeden jedyny raz. Pochwalilam samodzielnosc mojego syna, ktory potrafil jako poltoraroczniak z pewna doza zachety ze strony rodzicow sam sie umyc mydlem i splukac szampon z wlosow. W odpowiedzi od pani A dostalam dluga liste czynnosci, ktorych wykonaniem szczyci sie jej corka (papierki do kosza, ksiazki na polke itp), pani M zas zupelnie rozbrajajaco napisala, ze “takie czynnosci nie sa dla niej priorytetem.”
Przy czym jesli pisza, obie panie nie potrafia odmowic sobie przyjemnosci negatywnego komentowania moich watpliwych umiejetnosci jako matki.
A niedalej jak w zeszlym tygodniu zaszczycona zostalam odwiedzinami mojej tutejszej znajomej. Dosc zmartwionej, bo jej 21-miesieczna corka oprocz cyca i biszkoptow nie chce niczego jesc. I jest wyjatkowo samoobslugowa. Niestety, tylko w jednej kwestii.
Czego doswiadczylam.
Ot, wie, gdzie mieszka mleko.
Dodam, ze mleko mamusiowe.
Poszlysmy na spacer. Adam biegiem, slodka J (naprawde sliczne z niej dziecko) w wozku. Adam ucieka i buszuje w krzakach. Na wyrazny znak reka corki, kolezanka prosi, zebysmy sie na chwile zatrzymaly. Pochyla sie nad wozkiem. Rozpina marynarke. Corka podnosi jej bluzke. Samoobsluga pelna. Na siedzaco. W wozku. Nie wiem, jak dlugo to trwa, bo musze biec za Adamem.
Chwile pozniej odbywamy jakas rozmowe na tematy matkowo-spacerowo-piaskownicowe. Tematyka oscyluje wokol tego, jak ona by sie bala tak mala J puszczac samopas, bo Adam tak ucieka i moze wbiec pod samochod albo sie piasku najesc, albo cos podniesc z ziemi. Skrecam sie i wije probujac uniknac klarownego wyjasnienia mojego pogladu na wychowanie dzieci, idzie mi co raz gorzej,a le jakos udaje mi sie dotrwac do konca ograniczywszy swoje reakcje do czysto fatycznych “Tak?” “Y-hy” itp.
Udaje sie jakos zmienic temat.
Po jakiejs blogiej chwili i pol ciszy kolezanka nagle mowi do mnie;
-Wiesz, ze ten aktor Tom Cruise ma wyzsze wyksztalcenie?
-Tak? Nie wiedzialam. – wlasnie weszla w kolejna niewygodna dla mnie kategorie rozmow.
-Socjolgiem jest.
Cala rozmowa, choc powstrzymalam sie od prostowania wiedzy kolezanki, pozostawia mile wrazenie na mnie.
Perfekcyjna matka to ja nie jestem.
Na szczescie widze roznice pomiedzy socjologiem a scjentologiem.
Trudno jej nie dostrzec.
A za dobre rady serdecznie dziekuje.
Sama chetnie udzielam, mam nadzieje, ze wtedy, kiedy mnie poprosza.
Nie znioslabym mysli, ze ktos moglby o mnie nasmarowac takiego posta.
Z usmiechem do wszystkich, ktorym sie jeszcze chce przez to brnac…
na waszym miejscu juz dawno porzucilabym czytanie tych bzdur…
11/10/06
Buraczanka i co z tego wyniklo

O slowenskich handlowych sluzbach sledczych juz kiedys pisalam, prawda?
W kwestii ich dotkliwej w skutkach inwigilacji niewiele sie od tamtej pory zmienilo. Ot, ujawniaja sie ze swoja aktywnoscia w dosc przypadkowy sposob tu i owdzie. Juz, juz… pozwalaja mi wierzyc, ze odpuscili (stale dostawy sosu curry Red Dragon), aby potem uderzyc ze zdwojona sila w najmniej oczekiwanym momencie.
Bez skrupulow zaatakowali wczoraj.
A bylo tak.
Od dluzszego czasu jestem ofiara swojej wlasnej glupoty i uporu wlasnego przewodu pokarmowego. Wlasnej glupoty, bo pomimo napomnien lekarza w pierwszej ciazy, nie przejelam sie specjalnie i zanim poczelo sie drugie dziecko, karmialm sie wylacznie warzywkami, krakersami i gorgonzola, uporu traktu pokarmowego, bo moje roztrojone taka dieta jelita odmawiaja absorbcji zelaza w jakiejkolwiek postaci.
I tak cierpie z opadajaca systematycznie hemoglobina, nad talerzem z befsztykiem i kubkiem eliksiru z soku z burakow z pietruszka.
No i wlasnie owa buraczanka stala sie przedmiotem moich wczorajszych zakupow.
Bo sie pozornie niewyczerpany zapas skonczyl, a sama jestem zbyt leniwym stworzeniem, aby wyciskac mozolnie cztery krople z jednego owocu, zreszta nie posiadam sokowirowki, wiec jestem poniekad usprawiedliwiona.
Pakuje zatem Adamka do wozka, brzuch z Alkiem w srodku w spodnie sztruksowe na szelkach, wrzucacm kilka przekasek dla zaspokojenia glodu dzieciecia w razie czego, dorzucam gigantyczna parciana torbe z klamotami do piaskownicy, jeszcze ksiazka dla mnie (na te nieliczne chwile, kiedy dziec spokojnie zabawia sie sam lub, pomarzyc, niechcacy przytnie komara w wozku) i tak wyposazona (znacznie zwiekszywszy gabaryty wozka) wyruszam z najwyzsza niechecia na poszukiwanie wyzej wspomnainego trunku.
W miesnym o wdziecznej nazwie Peloz nie ma. Nie ma tez w medycznym (a zawsze byl). Mercator przy placu zabaw-nie ma. Podobnie Mercator w centrum.
Zostaje juz tylko znienawidzony przeze mnie TUS, sklep ktory omijam najszerszym z mozliwych lukow, bo a) pomiedzy regalami jest dokladnie tyle miejsca, ile przecietna potencjalna miss swiata potrzebuje na posadzenie swoich wymizerowanych czterech liter, b) ku uciesze matek z malymi dziecmi, jakims dziwnym trafem wszelakie szklane i potencjalnie wysoce kruche artykuly znajduja sie na nizszych polkach, c) podobnie jak slodycze, d) natlok asortymentu przeraza (przy czym ilosc jest wrecz odwrotnie proporcjonalna do jakosci), e) logika rozmieszczenia artykulow charakteryzuje sie tym, ze jej nie ma.
Czy musze dodawac, ze moje dziecko ow sklep absolutnie U-WIEL-BIA?
A jednak nie mam wyboru.
Przeforsowawszy dwoje szalenie skomplikowanych drzwi stojacych na strazy tej twierdzy zakupowej, znajdujemy sie oto w samym centrum przybytku, upchnieci pomiedzy samoobslugowe stoisko z warzywami tradycyjnie okupowane przez klientele, ktora w tempie slimaka pod woda kupuje jednego ogorka, jednego pomidora, jedno jablko, jednego orzecha wloskiego itp a regalem z przetworami, ktory to podejrzewam o ukrywanie pokladow soku buraczanego.
Podejrzenia mylne, oczywiscie.
Po kilku chwilach przeszukiwania sklepu, potracania innych klientow, przepychania sie pomiedzy banerkami i reklamowymi poleczkami pelnymi czegos nieokreslonego poddaje sie i ide zapytac pania ze stoiska z pieczywem. Mila usmiechnieta dama instruuje mnie w tempie zupelnie nieadekwatnym do tempa poruszania sie calego sklepu, w zwiazku z czym nie rozumiem wiele, ale chyba chwycilam najwazniejsze, czyli “prawo, dol, mydlo.”
Bingo.
Na najnizszej polce, zaraz obok mydla i scier kuchennych znajduje plakietke z cena po soku buraczanym. A ze jestem twarda dziewczyna, nie poddaje sie tak latwo i padam na kolana, stekajac zginam sie jak scyzoryk, ugniatajam biednego Alka w uscisku pomiedz moimi udami i glowa, ulozona w najwiekszym pospiechu fryzura rozpada sie bezceremonialnie na boki, pojekujac wciskam glowe pod wystajace z wyzszej polki na sprezynujacych wysiegnikach plakietki z cenami artykulow w specjalnej ofercie i… JEST! Jedna, samotna, zakurzona, przez los zapomniana, wzgardzona butelka buraczanki!
Plawiac sie w szczesciu i obmyslajac juz strategie dosiegniecia tejze butelki nagle slysze gromki i niepowstryzmany smiech mojego Adamka. Nie moge dostatecznie skrecic glowy, zeby dostrzec powod, wiec zakladam, ze dziecko smieje sie ze mnie.
-Oj ty… – burcze pod nosem – czego tak sie chichrasz z matki wlasnej?
I ryzykujac gigantyczne lumbago wyciagam prawe ramie maksymalnie w celu uchwycenia butelki.
Udaje sie, az tu nagle…
-Dober dan – slysze. I nie mam watpliwosci, ze to do mnie.
Zamieram z prawa reka uwieziona pomiedzy polkami regalu sklepowego, lewa wspierajaca moje wykrecone do granic mozliwosci cialo i nawet nie probujac wyobrazic sobie swojej miny rzucam w przestrzen, w nadzieji, ze to jednak nie do mnie…
-Dober dan.
I mozolnie, powoli wypelzam spod regalu, prostuje sie ciagle nie podnoszac glowy, dokladnie otrzepuje przykurzone kolana, w zwolnionym tempie unosze sie ku gorze i z niejakim niepokojem odwracam glowe w strone wozka.
Facet, moze z 50 lat, z wasem, jasne spodnie, T-shirt, jasne buty, starannie przystrzyzony, generalnie z kategorii zadbanych, kulturalnych panow, prowadzi jakas zawila dyskusje z Adamem. A dziec sie spoufala, a kwili, a mamroce pod nosem, a wyciaga te swoje chude konczyny a zasmiewa sie do rozpuku.
Mily pan spoglada na mnie i wreszcie przedstawia sie jako “stric Bojan”.
Kamien spada mi z serca, bo szybkie powiazanie faktow pozwala mi ustalic, ze ow “stric Bojan” to nikt inny, jak malzonek naszej niezastapionej Rady, autorki najsmieszniejszego kota na swiecie, wiernej towarzyszki wypraw na stacje kolejowa mojego syna, wreszcie opiekunki.
Rzucam jakies zmieszane “milo mi poznac”, cos tam jeszcze dodaje, ale juz chce uciekac, bo jakos mi niewyraznie, ze jestesmy sobie przedstawieni w tak niezwyklych okolicznosciach przyrody…
Zegnam sie zatem szybko i z burakiem na twarzy i buraczanka pod pacha uciekam w kierunku kas (zrzucajac po drodze plocienna torba z zabawkami jakies gabki do naczyn z polek).
Siedzac potem na placu zabaw, jak zwykle zagapiona w bawiace sie dzieci (ksiazka czeka na lepszy moment), dochodze do wniosku, ze moje wlasne dziecko ma wiecej znajomych niz ja sama. A jeszcze w drodze powrotnej dla potwierdzenia tegos spostrzezenia jakas rezolutna moze dziesieciolatka zaczepia Adama gromkim “Czesc, Adam”, wiec popadam w odretwienie zupelne, bo Adam przez ciut wiecej niz miesiac znajomosci z Rada dorobil sie wiekszej liczby przyjaciol, niz ja przez ponad dwa lata zycia tutaj.
Takie zycie.
A jeszcze po przyjsciu do domu okazuje sie, ze moja zdobyta w pocie czola buraczanka jest dlugo po terminie przydatnosci do spozycia.
Rozmrazam sporego steka i dzwonie do J, wyjatkowo pracujacego dzisiaj w Ljubljanie, zeby zerknal w stolicznych sklepach, czy nie maja buraczanki.
Poznym popoludniem J przywozi do domu spory zapas specyfiku.
Ktory pewnie i tak sie kiedys skonczy.
Coz, pozostaje jedynie ufac, ze macki szpiegow handlowych maja zasieg czysto lokalny.
09/10/06
Ona i On

Dziecie powierzone opiekunce. Od 7.30 siedzial w wozku i czekal na Rade. Jeszcze w pidzamie sie tam usadowil. Zebral wszystkie swoje najkochansze klamoty, w tym kota uszytego przez opiekunke specjalnie dla niego (to tak a propos uwielbienia dziecka wobec zabawek edukacyjnych i fiszerprajsowych).
I tak siedzial.
Sniadanie zjadl w wozku.
Nagle okazal sie cierpliwym dzieckiem, bo siedzial tak do 8.45. Bo wtedy przyszla Rada. Pomachal pospiesznie matce na pozegnanie i zginal w otchlaniach szybu windy, caly usmiechniety, caly rozchichotany, caly w skowronkach.
Jak ona to robi? (tu matka popada w zadume, nie wyjawie dlaczego, zreszta to chyba jasne…)
Eh…
A teraz do rzeczy.
Przegladam swoja poczte dzisiaj rano. Jest dluuuuugasna emalja od znajomej. Zaczynam czytac. Po kilku zdaniach orientuje sie, ze po pierwsze: znowu ktos blednie uznal, ze pisanie do mnie, to jak pisanie do rubryki “Mam problem, nie wiem, co robic”, po drugie: tu ciekawostka: te emalje pisaly cale dwie osoby.
Ona i On.
I moze to nieladnie tak pisac o cudzych problemach oficjalnie, ale mysle sobie, ze mozna, bo to taki okrutnie generyczny problem.
Oni razem sa w ciazy. Blisko rozwiazania. Tak blisko, ze juz czuja skurcze, juz zapakowali torbe, juz zlozyli lozeczko, uprasowali mini-ubranka i poskladali w kostke a paczka pieluszek lezy juz przy przewijaku w usmiechniete misie razem z zaba o rozdziawionej w szczerym usmiechu paszczy i oliwka znanej firmy i kremem na podrazniona pupe (no, te wszystkie szczegoly wymyslilam, ale cos mi podpowiada, ze tak wlasnie jest, niezaprzeczalnie, nieodzownie i bezsprzecznie).
A On, ten niedojrzaly, szowinistyczny, kultura macho wygenerowany, w patriarchalnym domu wykarmiony papka o przywilejach mezczyzn i obowiazkach kobiet meski pomiot nie chce towarzyszyc malzonce w porodzie.
A Ona sie wziela i uparla, a On tak sie boi, tak mu slabo na sama mysl, ze mialby patrzec na otwarte rany wlasnej zony, ze swiadomoscia, ze “nie chwalac sie, jam to sprawil” i bezradnym bedac wobec cierpienia najukochanszej osoby juz mdleje.
Tak, zatem w zwiazku z tym On juz sie wzial i umowil z kolegami, ze jakby co, to On zone do szpitala, a do nich szybki telefon, wiec niech sie w listopadzie donikad nie wybieraja, niech siedza i czekaja, napoje juz w zamrazalniku i lod i szampan, tak beda czekac z nim razem, tak beda zagryzac paznokcie, do krwi, bo Ona cierpi (a On generalnie razem z Nia), a potem, jak juz dziecie zakwili to wzniosa toast natychmiast, bo, jak wiadomo, im wczesniej, tym gwarancje dobrego zycia dla potomka wieksze.
A Ona (tutaj juz, widze, wytracona z rownowagi tokiem rozumowania malzonka) popada w melncholijne “a ja?” “a co ze mna?”.
I tak sie owa dyskusja toczy, zaprezentowana dosc barwnie w poteznej emalji (rany, dlaczego skierowanej do mnie?), ledwo daje rade doczytac do konca, bo i argumenty z czasem staja sie lekko mowiac emocjonalnie niepoprawne, a to odwoluja sie do Boga, natury, uczuc wyzszych, a to chwytaja za lzawe skargi i wypominanie grzechow i potkniec do piatego pokolenia wstecz wlacznie.
Wszystko, po to, zeby zakonczyc…
Ona: “No powiedz, przeciez jest mi to winien, to chyba minimum obowiazku przyszlego ojca…”
On: “No powiedz, przeciez winna mi jest minimum zrozumienia dla moich obaw…”
No i co ja, misio biedny, mam na to powiedziec?
Ze On sie boi, zupelnie rozumiem. Tez bym nie chciala doswiadczac zabiegu wyciecia wyrostka robaczkowego mojego malzonka (na szczescie wyrostka juz nie posiada, na szczescie nikt mi asystowania nie proponowal). Widok krwi ani mnie ziebi, ani grzeje, choc swiadomie wolalabym sie nan nie wystawiac, bo po co sobie takie atrakcje fundowac? Rozumiem tez, ze “jego matka czworo dzieci na swiat wydala, bez meza pomocy, najstarszego brata podobno powila na polu, w stogu siana, bo porod zaskoczyl ja nagle”. Rozumiem tez, ze zapewne nastepnego dnia poszla w pole robic z dzieckiem u piersi zawinietym w chuste. I ta mama mu powiedziala, ze ojciec niepotrzebny, bo po co i w ogole przeszkadzalby tylko, jak to piate kolo u wozu, stalby jak slup soli, przeganiany z miejsca na miejsce przez lekarza i polozna. A, nie daj Boze, jeszcze zaslabnie, jeszcze legnie u stop calej tej na bialo przyodzianej ferajny (stop: czy na bialo, nie jestem pewna, moja ekipa byla cala na zielono, ale chyba tylko o generalny koncept chodzi)… Rozumiem, wszystko rozumiem.
Rozumiem tez, ze Ona sie boi. A bo to wiadomo ile tak naprawde bolu niesie ze soba porod? A bo to wiadomo, czy lekarz bedzie sluchal, czy polozna nie zignoruje, czy cienki i wymeczony glos rodzacej da rade przedrzec sie przez gruba warstwe znieczulicy zawodowej zespolu odbierajacego porod. No i kto poglaszcze po glowie, kto potrzyma za reke, kto usta zwilzy, kto bedzie sie cieszyl razem z Nia, kiedy male cieple cialko wyladuje na Jej brzuchu? A w ogole dziecko tak samo Jego jak i Jej, wiec niech teraz cierpi z Nia razem, nie zobaczy, niech odczuje choc polowicznie (co ja pisze, choc w jednym malym promilu) jak to jest, jaka to odpowiedzialnosc, jaka to trudna chwila dla matki…
On nie chce, Ona chce. Taki scenariusz.
Mam to szczescie, ze rodzilam i ponownie bede rodzic w kraju, ktory ma jeden z najwyzszych odsetkow porodow rodzinnych w calej Europie. Rodzenie bez ojca byloby tutaj przynajmniej dziwne. Sie nie godzi, jak mawial moj pewien kolega. To sie nie zdarza. Albo zdarza sie sporadycznie. Volens, nolens, odziewaja ich w zielone fartuchy, wciskaja na glowe foliowe czepki, nogi obuwaja w gumowe wsuwaczki i sadzaja kolo zwinietej w bolach malzonki z gumowa kulka do masazu plecow, i patyczkiem do zwilzania ust.
Jakos daja sobie rade, biedne chlopy.
Mam tez to niewyslowione szczescie, ze moj maz nie wyobrazal sobie nie doswiadczac porodu razem ze mna (coz, na usprawiedliwienie wszystkich, ktorzy nie chca, nie chca, nie chca i juz! dodam, ze moj maz to byly zolnierz a krew mu niestraszna, wiec moze stad taka odwaga). Nie wyobrazal sobie do tego stopnia, ze mimo moich usilnych prosb, grozb i nawolywan, zajal pozycje full-frontal i obserwowal z nieukrywanym podziwem akcje przyjscia na swiat wlasnego syna od poczatku do konca. I brawo mu za to.
Tylko czy to znaczy, ze kazdy tak musi?
Biedna Ona. Wiem doskonale, ze nie o jej strach idzie, ale o renome w towarzystwie. Znam Ja od wiekow i wiem, wiem, wiem na pewno, ze sie nie boi! Tylko jak spojrzec w oczy K, N, E i kilku jeszcze innym nowo-kreowanym matkom po pieknych porodach rodzinnych, z albumami rodzinnymi pelnymi uroczych fotografii tatusiow dzierzacych krzyczace noworodki cale we krwi, takich dumnych, takich… eh…
Biedny On, bo moze i by chcial, ale tak Go to wszystko strasznie przeraza, tak Go to oniesmiela, ze z wyboru kreauje siebie na prawdziwego mezczyzne, dla ktorego trzydniowe pijanstwo po narodzinach dziecka to imperatym nad imperatywy. Za dobrze Go znam, za dlugo, zeby wiedziec, ze to wszystko taka bezwolna mistyfikacja.
Mam pewna taka koncepcje, ale czy sluszna? Sama nie wiem. Moze im o niej napisze, a moze nie. Nie chce by pomysleli, ze lekcewaze ich wielki problem, ale nie chce tez, by uznali, zem smiertelnie przejeta w obliczu takiego dylematu.
“Kochani moi! Przyjezdzam. Bede rodzic z Wami. Bede trzymac Ja za reke, glaskac po glowie, dopingowac i cierpliwie znosic Jej jeki. W tym czasie On zorganizuje impreze z symboliczna lampka szampana w odpowiednim mmencie, najlepiej w samochodzie zaparkowanym u wrot porodowki, zeby jakas bliskosc byla a i w razie czego zawsze mozna przeniesc impreze w goscinne progi szpitala polozniczego. Zdjeciami sie nie martwcie. Ktos na pewno pstryknie foto szczesliwego ojca z lampka szampana w dloni. Juz moja w tym glowa i PhotoShopu, zeby podmienic na fotografii szklo na dzieciatko. I wszyscy zadowoleni.
Wasza na wieki,
M.”
Moje dziecko, urodzone pod czujnym okiem ojca, za chwile wroci do domu. Mam nadzieje, ze z entuzjazmem. Z entuzjazmem dla swojej mamy… Ze rzuci mi sie na szyje, ze usciska i powie, jak bardzo tesknil na placu zabaw, ze Ciocia Rada jest fajna, ale mama najfajniejsza…
Aj, jaka brzydka cecha, taka zazdrosc…
A propos zreszta ktorej… Pewnego pieknego dnia moj maz z rozbrajajca szczeroscia oswiadczyl: “Ah, jak ja ci zazdroszcze, ze to wlasnie ty nosilas w brzuchu a potem urodzilas naszego synka…”
Wobec uciazliwosci mojej aktualnej ciazy, drogi J, jeszcze nie wszystko stracone. Proponuje zamiane. Ty na porodowke a ja… e… sama nie wiem… chyba wolalabym nie ogladac Ciebie cierpiacego i calego w krwi. Nawet jesli to tylko fizjologia…
26/09/06
Jesiennie
Taka urocza ta balkanska jesien. Jeszcze cieplo, jeszcze wszyscy odziani jak pierwszego dnia lata, jeszcze slonce we wlosach, piegi na ramionach, lekkie klapki z motylkami, bermudy w palmy a jednak jakos juz melancholijnie.
Wczoraj na placu zabaw, podczas gdy Adam zajal sie na dobre przenoszeniem sterty kamykow z jednego miejsca na drugie, pozwolilam sobie na kilka sekund obserwacji. Takiej zwyklej, ludzkiej, nieskazonej zbyt glebokim mysleniem. I nie wiem, czy to kat padania slonca, czy moze ten subtelny powiew, podmuch wiatru od Alp, ale cos sprawilo, ze walajace sie po placu zabaw papierki zaczely podrygiwac rytmicznie wprawiajac mnie w prawie narkotyczny amok zagapienia. Ot, takie same papierki, jakie pamietam doskonale (choc wybiorczo, niestety, wybiorczo) z mojego wlasnego dziecinstwa i wyprawy z rodzicami u schylku sierpnia na wakacje do Kudowy (a moze to byly Duszniki? ten szczegol akurat absolutnie mi umyka…). Papierki, wowczas po rodzimych lodach bambino, tak samo ganialy sie z klebami kurzu, polamanymi galazkami okolicznych krzakow, paprochami, niedopalkami i innymi cudami do znalezienia na kazdym, przecietnym chodniku poznego PRL-u. Ah, no i chyba wlasnie wtedy po raz pierwszy zobaczylam wiatr. Tak na wlasne oczy, bo o jego istnieniu wiedzialam juz od dawna.
Zatem gapie sie tak namietnie, z noga zlozona na noge, z broda podparta na dloni i chyba nawet nuce sobie pod nosem jakas zamyslona (a moze nawet zmyslona) piosenke, kiedy z tego paralizu funkcji zyciowych (momentarycznego, na szczescie) wybudza mnie glos mojego wlasnego dziecka.
-Maa-maa, Alek mysz, mysz, mysz…
-Co tez powiadasz synku? Ze Aleks ma mysz?
-Y-y. – znowu takim glosem, ze negujacy charakter wypowiedzi jest poza wszelkimi watpliwosciami. – Alek mysz, mysz, mysz. – I wlepia oskarzycielsko paluch w moj brzuch.
-A to sie akurat zgadza. Tam mieszka Bejbi Aleks. Tylko dlaczego mysz? – I goraczkowo poszukuje wytlumaczenia dla takiej logiki myslenia mojego niezupelnie jeszcze logicznego dziecka.
Hmmmm… moze zatem tak…
Obsesja myszy zaczela sie dawno temu. Choc oczywiscie “dawno” to bardzo wzgledny termin. Dawno dla mojego dziecka, bo dwa miesiace temu na przestrzeni raptem dwudziestu dwoch miesiecy calego zycia, to chyba jednak sporo. Skladajac namietnie surrealistyczne wieze z klockow, Adam zaczal niepostrzezenie zostawiac w konstrukcji jakies tajemnicze dziury. Zapytany, dlaczego, odpowiadal zawsze tym samym gestem-wpychal swoj maly palec do dziury i poruszal nim miarowo oczekujac aplauzu. “Ot, taka zabawa” pomyslalam sobie i przeszlam nad faktem do porzadku dziennego (czyli korzystajac z kilku momentow spokoju zapewnionego przez pudlo klockow, wracalam do obowiazkow zony-kucharki, zony-sprzataczki, zony-lenia z ksiazka w reku i nogami zadartymi do gory).
Jednak z czasem zachowanie ewoluowalo-dorobilo sie werbalizacji. I tak kazda dziura i wciskany w nia niewielki palec sprawial, ze dziecko zasmiewajac sie rozkosznie wykrzykiwalo:
-ISZ! ISZ!!!
Zamilowanie Adamka do wszelakich szeleszczacych dzwiekow bylo mi jednak znane od dawna, wiec wzielam owo manifestacyjne wykrzyknienie za kolejny sposob na zadowolenie samego siebie miekkimi, syczacymi gloskami.
Do czasu.
Objawienie nadeszlo pewnego pieknego sobotniego poranka, kiedy to dziecko ogladalo jakis odcinek niezapomnianego Krecika. Na widok jednej z bohaterek, dosc nieksztaltnej myszki z gigantycznymi uszami, Adam zaczal zachowywac sie przynajmniej podejrzanie. Wygial cialko w luk, wspial sie na palce stopek obutych w fantastycznie slodkie butki Robeez z lokomotywa na prawym i wagonikiem na lewym i ekstatycznie wydarl sie na cale gardlo oskarzycielsko przy tym wskazujac palcem ekran…
-MYYYYYYSZ!!!
Glupia matka, glupi ojciec! Zyli w ciemnosci przez tak dlugi czas! Spojrzelismy na siebie z nietegimi minami… znowu zawiedlismy jako rodzice…
Obsesja myszy, w kazdym razie, rozkwitla w okolicach naszej wizyty u Dziadkow w Polsce, kiedy to zakatarzone dziecko ciagane za reke przez jeszcze bardziej zakatarzona matke zwiedzalo cale osiedle i krzyczalo zadowolone “Myyyyyyysz!!!!!!” wpychajac paluchy do kazdej napotkanej dziury, czy to w murze, czy to w plocie, czy to w studzience kanalizacyjnej.
Dobrze, tylko jak sie ma owa mysz do Bejbi Aleksa?
Wracamy zatem na zalana jesiennym balkanskim sloncem laweczke na placu zabaw i Adasia z palcem wbitym w moj brzuch i co raz bardziej zniecierpliwiona mina.
-Maa-maa, Alek mysz. Alek mysz. Alek mysz.
Problem, szczesliwie, rozwiazuje sie sam. Rezolutny Adamek wreszcie znajduje metode na wyedukowanie swojej niedouczonej i malo domyslnej matki, podciaga mi zatem bluzke (na szczescie na dyskretna wysokosc) i wciska paluch do pepka.
Tak nauczylam sie, ze dla Adamka jego nowy braciszek jest z natury mysza ukryta w pepku mamy.
Odetchnelam z ulga… Bo juz proby tlumaczenia dwulatkowi skad sie biora dzieci spedzaly mi troche sen z powiek.
A wracajac do przemyslen jesiennych…
Odkad moje drugie dziecko okazalo sie dziewiecdziesiecioprocentowym chlopcem, zycie zdecydowanie stalo sie latwiejsze. Ot, nie bedzie znienawidzonego rozu, wstazeczek, spineczek z biedronkami… Beda zaby w kieszeni, udomowione slimaki, sterty samochodow w kazdym kacie…
Poza tym, myszy nie boje sie zupelnie.
No, chyba ze moje dzieci, a moze jedno z nich, beda wykazywaly srednie zainteresowanie takim skrajnie zmaskulinizowanym swiatem…
Czy by mnie to przerazilo?
Nie, zdecydowanie nie…
Ale to juz zupelnie inna bajka…
14/09/06
A o tym wcale nie mialam pisac…
W zasadzie mialam juz wcale o tym nie pisac, ale oto znalazlam sie w dosc nietypowej dla mnie sytuacji.
Jest 14, siedze w domu, dookola smetny pozabawowy balagan, po prawej sterta papierow do przetlumaczenia (na szczescie niewiele z nim podpada pod kategorie “na wczoraj”), po lewej widok na kuchnie z pralka w kacie a na niej starannie zamaskowana sterta ciuchow do prasowania. W uszach zas bloga cisza…
Nie, dziecko nie zrobilo ustepstwa od owej znienawidzonej praktyki niestosowania juz dziennej drzemki dla regeneracji sil uciemiezonej matki.
Dziecka nie ma w domu…
Dziecko juz godzine temu opuscilo domowe pielesze w towarzystwie rzeskiej pani w wieku srednim o duzo obiecujacym imieniu Rada, ktora to pani jest nasza opiekunka, wielce wyczekiwana, poszukiwana niemal w pocie czola… Wracajac zas do Adamka, dodam jeszcze, ze oprocz trzykrotnego “ma-ma” lekko zaniepokojonym glosem, przyjal on Rade w swoim zyciu z wielka radoscia (a pewnie i wielka ulga, bo ile mozna… w tym samym towarzystwie… toz to nie do pomyslenia…) No i zupelnie mu nie przeszkadza, ze nie mowia zadnym wspolnym jezykiem (duzo w tym naciagania, bo Adam wlasciwie nie mowi zadnym jezykiem… jeszcze… ale rozumie polski i angielski bardzo sprawnie jak na istote takiego marnego wzrostu).
A teraz to, o czym mialam juz nie pisac.
Czyli konkurs miss swiata.
Otoz spedzilam urocze ponad dwa tygodnie pod koldra w Polsce. Dwa dni po postawieniu mej stopy na plycie lotniska w Warszawie juz lezalam srednio przytomna, bez glosu, z katarem i kaszlem godnym najwiekszego suchotnika wszechczasow. I gdyby nie fakt, ze Adam mial okazje zauroczyc i kompletnie zaczarowac na wieki wiekow swoich dziadkow, uznalabym ow wyjazd za kompletnie chybiony pomysl (i pomyslec, ze pomna moich przeziebien po mojej ostatniej wizycie w Polsce w listopadzie zeszlego roku, postanowilam odwiedzic kraj w sierpniu…).

W drodze powrotnej, aby tradycji stalo sie zadosc i aby moja przypowiesc o lyzeczce w zlewie na samym poczatku tego pamietnika miala poparcie w faktach, po raz drugi juz w mojej krotkiej karierze podrozy na linii Warszawa-Ljubljana (lecialam dokladnie drugi raz…) odwolano mi samolot. Nie, nie opoznil sie, nie przelozyl, ot, sie wzial i odwolal w ogole…
Zaoferowano mi zatem opcje podrozy z przesiadka w Frankfurcie i szesciogodzinnym oczekiwaniem. Podziekowalam dosc grzecznie. Zatem moglam rowniez poleciec przez Wieden, w ten sposob wyladowalabym w Ljubljanie o 22.30 (a byla 10 rano). Podziekowalam juz z mniejsza znacznie doza grzecznosci na ustach. Zatem szanowny PLL LOT postanowil, ze najlatwiej pozbyc sie klopotliwego klienta poprzez zaoferowanie zwrotu pieniedzy za bilet.
A tutaj to ja juz sie zdenerwowalam.
Oszczedze opisow, ale w ostatecznej wersji jakis pan w pieknym garniturze przybiegl do mnie z biletami na bezposredni lot nastepnego dnia, voucherami na posilki i sam osobiscie, nie baczac na koszta utrzymania swojego nienagannego garnitury, zapchal moja walizke do recepcji hotelu lotniskowego.
I tu zaczyna sie ta czesc historii, o ktorej nie chcialam wcale pisac…
…bo ja jestem baba w ciazy, wiec ksztaltami pewnie blisko mi do wieloryba. Do tego matka z dzieckiem, wiec lekko mowiac tu i owdzie poplamiona (ale nie brudna, zeby nie bylo!!!). Bo moj mejkap nie z kolorowego magazynu, ale raczej naturalny, ot, taki efekt nieprzespanych dobrze nocy, braku czasu na kosmetyczke, ba! na glupia maseczke czasami nie mam czasu i nawet tusz YSL juz mi nie pomaga.
Ale zadne tam czupiradlo, zwykla taka dziewucha w okolicach trzydziestki…
A tu zaraz natykam sie na tabun (doslownie, wytlumaczenie juz za chwile), anorektycznych, fryzjersko-kosmetycznie-manicure-pedicure’ystycznie doskonalych kobiet o nieskazitelnych ksztaltach i w szykownych ciuchach. A tabun ow przemyka zwiewnie nie baczac na dzieci u swych obutych w wysokie obcasy stop, caly w glorii i chwale, ba! w obstawie jakichs arcywaznych, zakladam, osobistosci. A skoro niewinne dzieciatka placza sie pod nogami niezuwazone, co dopiero ja, misio biedny…
Tak troche zasmucona, ze chyba sie lekko postarzalam, ze chyba porzebuje malej inwestcji w siebie, czlapie niechetnie w strone pokoju na 5tym pietrze obiektu opanowanego przez piekne uczestniczki konkursu miss world…
Jakis czas pozniej (w sam raz na mala przekaske dla Adamka, zmiane gaci pelnych efektow owej przekaski, szybkie ogarniecie sie, przypudrowanie swiecacego od nadmiaru wrazen noska, zmierzamy w kierunku windy, bo w koncu czas powiedziec dziadkom “do widzenia.”
Winda, jak to winda. Zaden cud techniki, typowe, hotelowe urzadzenie przeznaczone do przewozu czternastu osob, obslugiwane za pomoca klucza hotelowego. Moi skromni rodzice i ja z Adamkiem na reku. Ruszamy w dol.
Po drodze przystanek na trzecim pietrze. Drzwi rozsuwaja sie powoli a naszym oczom ukazuje sie olsniewajacy widok: tabun potencjalnych missek w uroczych ubrankach, dobrze nafryzowanych, napudrowanych i przesadnie zlanych perfumami.
I zaczynaja wsiadac do windy…
Jedna po drugiej…
Caly tabun…
Adas zaczyna sie niepokojaco krecic w moich ramionach. Ot, mamy taka rodzinna ceche, nie lubimy strasznie, kiedy nas ktos obcy dotyka. Tabun nie baczy na nic. Jest ich wiecej i wiecej z kazdym ulamkiem sekundy. Adas wcisniety we mnie lokciem ktorejs z ciemnoskorych missek (Miss Burkina Faso?) zaczyna beczec znaczaco. A kiedy kazdy milimetr wnetrza windy zostaje dokladnie wypelniony cialami najpiekniejszych, aktywnosc w okolicach wejscia (ktorego nie widze, bo Adasiowa buzienka jest wcisnieta w moja twarz, a jego wielkie oczyska pelne sa strachu i lez, nie widze zreszta rowniez swoich biednych rodzicow i zaczyna sie wielkie kolatanie mojego lekko klaustrofobicznego serca) nagle zamiera. Slysze jak ktoras z najpiekniejszych upycha z trudem klucz w urzadzeniu do obslugi windy, ale drzwi nie chca sie zasunac.
Wiec upycha jeszcze raz… Drzwi probuja, ale jakies pierunskie czujniki nie pozwalaja tej skomplikowanej maszynie ruszyc… Wiec upycha jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze… Adas beczy juz na dobre, panienki zdaja sie nie slyszec dziecka.
Zatem nadludzkim wysilkiem woli odzywam sie spod pachy ktorej z zyrafowatych pan (matko, ja mam 170 cm wzrostu, a siedze pod jej pacha!)
-Drogie panie, czy zyczycie sobie, zebym to ja z dzieckiem wysiadla z tej winy, zeby sie drzwi wreszcie domknely?
Napotykam mur milczenia, potencjalnego nierozumienia az wreszcie ktoras wyjatkowo lamana angielszczyzna probuje mi unaocznic ich tok myslenia.
-Ale my przeciez jestesmy takie szczuple, wiec chyba nas wejdzie tutaj wiecej…
Nie sile sie na komentarz, zreszta chyba dostatecznym komentarzem jest zwierzecy ryk Adamka. Kilka z nich wysiada z najwiekszym strachem w oczach jaki w zyciu widzialam (skad sie wzial, mialam wydedukowac znacznie pozniej), drzwi zamykaja sie z cichutkim piskiem, dojezdzamy do lobby, Adas przyklejony do mnie jak malenki mis koala daje zasmarkane buzi Babi i Dziadziowi i idziemy na obiad.
Gorzko zaluje, ze nie zdecydowalam sie na podroz przez Frankfurt. Choc wowczas rowniez nie mialabym gwarancji, ze nie trafia mi sie jakies wyjatkowo atrakcyjne kontakty z innymi przedstawicielami gatunku ludzkiego. I rozmyslajac o takich a nie innych rzeczach smutno wisze nad jakims wyjatkowo udziwnionym kotletem, pdczas gdy moje ciagle lekko zalzawione dziecko niepewnie i z najwyzsza podejrzliwoscia pojada frytki i spoglada z niepokojem na taras polpietra nad restauracja, gdzie co chwila przetaczaja sie tabuny najpiekniejszych na swiecie kobiet.
Ah, czemu tabuny. Bo inaczej strach. Ten sam, ktory zobaczylam w oczach niewielkiej grupki zmuszonej do opuszczenia windy.
Bo potrzeba ich pietnastu przynajmniej, zeby moc sie w miare bezpiecznie poruszac po calym tym skomplikowanym swiecie.
(komentarz o ilosciach zwojow mozgowych zostawie tym razem dla siebie)
Koncze na dzisiaj, niezwykle zlosliwa…

03/08/06
I znowu o niczym…
Wprawdzie zmienila sie pogoda, pada uroczo od trzech dni i temperatury zdecydowanie ponizej 20 stopni, ale chyba potrzebuje znacznie wiecej czasu niz owe skromne trzy dni, zeby schlodzic ostatecznie moje nieszczesne zwoje mozgowe tak, zeby wykrzesac z nich konstruktywna pisaninie.
A poki co, troche o niczym, ale w pelnym oburzeniu.
Otoz moj malzonek jest czlowiekiem ze wszech miar praktycznym i pomyslowym. Kazde jego zyciowe przedsiewziecie potrzebuje dobrego planu dzialania, pelnej kalkulacji kosztow, wcale niekoniecznie finansowych, bo przede wszystkim ludzkich i czasowych.
A kupil sobie nowego laptopa, wymarzonego, wysnionego, wypatrzonego, po ktorego musial jechac az do odleglej Barcelony (ale po drodze, bo bylismy na wakacjach). Wielka byla jego radosc i wielka ulga w moim przypadku, bo od wysluchiwania jakim smutnym nidorobionym i poronionym niemal w zarodku pomyslem jest PeCet (nie podzielam jego zdania, pisze moze na wyrost, zeby sie ow stary wysluzony PeCet nie obrazil i nie zawiesil powodujac moja konsternacje i kolejny atak zlosci), dostawalam gesiej skorki…
Tylko tego laptopa o cudownych wlasciwosciach trzeba do czegos wsadzic, bo szkoda taki cenny przedmiot nosic ot, tak, luzem w torbie do pracy.
I tu sie zaczyna.
Bo wszelakie dostepne opakowania albo o pol cala za male, albo o dwa za duze.
Zatem zebral sie w sobie, w sobie tylko znany sposob przekalkulowal te swoje parametry czlowiekogodzin roboczych na oplacalnosc wobec czekania na drogie, zrobione na zamowienie etui i… dorobil sie wyjatkowo praktycznego opakowania, ktoremu daleko do szczytu estetyki, ale na pewno plasuje sie na szczycie praktycznosci za male pieniadze (tytul Adama Slodowego miesiaca przyznany, szkoda tylko, ze moj maz nie ma pojecia, kim byl ten fantastyczny czlowiek).

Nieopatrznie rowniez napisal o calym przedsiewzieciu na swoim blogu.
I wywolal lawine opinii.
W wiekszosci pozytywnych.
Kilku zdecydowanie negatywnych.
Bo jak ktos, kto wydaje grube pliki pieniedzy na taka droga maszyne, moze w taki fatalny sposob dziadowac na opakowaniu (autor tegoz komentarza zdecydowanie nie doczytal, bo odpowiedzi udzielilam nawet ja), jak mozna w takie paskudztwo ubrac wlasny komputer i w ogole co to za pomysl.
Zlapalam sie za glowe, nie mialam pojecia, ze moj malzonek ma az tylu czytelniekow! Szczerze powiedziawszy, myslalam, ze tylko wierne grono rodziny i znajomych podczytuje czasami, a tutaj taki odzew!
Ale do rzeczy.
W jakis sposob w owym poscie o komputerowym “zrob-to-sam” pojawiam sie ja jako kobieta w ciazy, nie znoszaca zapachu oliwek (pomidorow, piwa i kilku jeszcze specyfikow, o ktorych nawet samo pisanie wywoluje u mnie nieprzyjemny ucisk w gardle. W jednym z komentarzy, ktos podpisujacy sie wdziecznym i jakze pomyslowym pseudonimem Snoopy (a tutaj to ja juz jestem zlosliwa, ale taka moja natura, niestety), wyraza swoj poglad na temat zony mojego meza (patrz mnie) jako osoby, z ktora “jest cos nie tak”. A bazuje swoje przeswiadczenie na autopsyjnym “bo moja zona tez ciezarowka i nie moze sie powstrzymac od jedzenia oliwek”. Dorzuca jeszcze, ze nie zdziwi sie, jesli za iles tam lat jego dziecko bedzie w elitarnej szkole “Ivy League” a nasze bedzie cierpialo od nadmiaru nauki i negatywnych wrazen w szkole panstwowej.
A zebys zczezl w nedzy! A niechby ci pypcie obsypaly jezor za takie gadanie! A zebys nabyl jakiej okropnej choroby skornej (jesli jeszcze jej nie masz!) padalcu jeden! I skoro takie twe zdanie, matka twoja zdecydowanie oliwek nie jadala ciebie w lonie noszac!!!
Niechaj twoja zona objada sie oliwkami do woli, moze musi, ale to wowczas sztuczna inteligencja, bo te prawdziwa trzeba odziedziczyc, a nawet i to nie wystarcza, bo potem trzeba pielegnowac, a kto bedzie twemu dziecku te inteligencje pielegnowal, przeciez nie ty, matole, osle, baranie, buraku jeden.
Ot i sobie ulzylam.
A poza tym u nas wszystko ukladnie i bez wahan (to tak kontynuujac temat “o niczym…”).
Adam stal sie mistrzem jedzenia widelcem, upodobal sobie te sztuke do tego stopnia, ze jada widelcem absolutnie wszystko i mam tu na mysli ABSOLUTNIE wszystko. Wczoraj zlapalam go na wpychaniu widelca do kubka z sokiem, nie sadze, ze musze tlumaczyc w jakim celu. Nade wszystko jednak Adam doprowadzil do perfekcji swoje umiejetnosci jako budowniczy skomplikowanych wiez z klockow, niestety, potrzebuje widza w bezposredniej bliskosci w postaci rodzica (bo i niby kogo innego, he?), a jako ze jeden z rodzicow spedza 70%swojego dnia w pracy, pozostaje ten drugi. A ten drugi to, niestety, ja, wiec wcale mnie to urocze utykanie w klockow w karkolomne kombinacje czesto sprzeczne z prawami grawitacji jakos mniej cieszy… Moja tolerancja dla zabaw i gier, ktorym tak beztrosko oddaje sie moj pierworodny (jedyny na razie, ale to sie zmieni) bywa ostatnio co raz czesciej wystawiana na ciezkie proby. I maleje, maleje, maleje.
Co to bedzie, kiedy bedzie ich dwoch? Albo dwoje? Choc pani doktor-operator skomplikowanych sprzetow w trakcie doglebnej analizy szescio-i-pol-centymetrowego cialka mojego drugiego dziecka uznala, ze “raczej” powinnismy spodziewac sie drugiego posiadacza malenkiego penisika a nie panienki…
No tak… Ale to nie zmienia faktu, ze nadal nie wiem, co to bedzie, kiedy bedzie ich dwoch/dwoje?
I to tylko potwierdza przeswiadczenie kilku moich znajomych (tych wirtualnych rowniez) o moich niewielkich predyspozycjach w kierunku bycia matka.
I znowu w takich mneij wiecej kierunkach pedza moje mysli, i swietnie zdaje soie sprawe z tego, ze nikomu i tak nie chce sie o tym czytac, bo i niby co ciekawego w fakcie, ze jakis wsciekly hobbysta zrobil sobie sam opakowanie na laptopa, a jego ciezarna malzonka ma burze hormonow, a do tego juz przestaje padac i…
…tak sie chyba wlasnie pisze o niczym.
Mam nadzieje, ze dla nikogo. Bo nie chcialabym, zeby mnie ktos ocenial po jakosci mojego dzisiejszego posta.
I tym srednio optymistycznym akcentem koncze na dzisiaj. Odetchnijcie ludzie z ulga! Spocznij…
18/07/06
O niczym

Oto siedze przed komputerem w przyslowiowych gaciach i rozlazacej sie koszulce, z gigantyczna butelka wody obok, a caly pot tego swiata plynie ze mnie strugami. Czuje sie – nic dodac, nic ujac – jak gornik, hutnik, pracownik kamieniolomu i czlowiek z gigantyczna nadwaga w saunie, wszyscy razem wzieci…
Pogoda nie sprzyja tworczosci literackiej, 300stron tlumaczenia “na wczoraj” lezy na majestatycznej kupie papierow “do zrobienia”, a modem tuli sie grzecznie do pojemnika z lodem, bo tylko ten moze zapenic jego jako-takie funkcjonowanie.
Pisac nie moge, ale pisac mi sie chce.
Nie moge pisac, bo nie mam o czym (pusto w glowie, mam nawet taka dosc czesta wizualizacje przegrzewajacych sie zwojow, wiec godze sie na taki stan rzeczy chcac, nie chcac), a nawet jesli jest, to skladanie slow wzmaga jedynie strugi potu na moim czole.
Tym czasem im bardziej nie moge (bo nie mam o czym, bo za cieplo), tym bardziej chce.
Czyz nie widzial kto wiekszego dylematu?
Paradoksalnie, cale moje zycie czasem wydaje sie skladac z dylematow mniejszych i wiekszych.
Kupilam szampon przeciwlupiezowy. Lupiezu w zasadzie nie mialam, nie liczac kilku smetnych platkow zaraz po umyciu glowy. Ale ktoz nie chce byc doskonalym. Umylam wlosy szamponem przeciwlupiezowym. Dostalam lupiezu roku. Mam wrazenie, ze ciagnie sie za mna lupiezowa kometa drobnych platkow. Kolejny powod, zeby raczej sie nie ruszac…
Adas od dobrych kilku tygodni jest na wielkim strajku glodowym. Otoz gdyby tak po prostu usiadl i stwierdzil “od teraz nie jem”, chyba mialabym znaczenie ulatwiona sytuacje. Ale nie. Adam je tylko to, na co absolutnie ma ochote. A skoro nie jest dzieckiem-szybko-opanowujacym-sztuke-porozumiewania-sie-werbalnego, nie potrafi mi o tym powiedziec. W zwiazku z czym prowadzimy nastepujace dialogi.
-Adasiu, chcesz kurczaka?
-Y-y-z odpowiednia modulacja glosu, zdecydowanie oznacza to odmowe, zazwyczaj poparta przeczacym kreceniem glowa.
-Penne z sosem i kaparami?-robie sobie wielkie nadzieje, bo to jego ulubiona potrawa.
-Y-y.
-Ziemniaczki z pieca i salatke z pomidorow i ogorkow?
-Y-y.
I tak jeszcze przedstawiam dziecku dluga liste potraw, ktore chcialabym, aby zjadl, ale kazdorazowo dostaje jedyna i sluszna odpowiedz…
-Y-y.
Po jakims czasie wymieniam juz potrawy jak wprawny automat kelnerski i nie czekam nawet na odpowiedz, az tu….
-Y? – co oznacza mniej wiecej zainteresowanie w glosie.
Stanelo chyba na omlecie ze szpiankiem.
Wleke sie do kuchni. Plynie po mnie pot. Pichce jak nawiedzona przez 20 minut. Serwuje z kukurydza i…
-Y-y… -omlet zostaje obmacany wprawnymi malenkimi palusiami i nigdy nie trafia do buzi.
Przypadkowosc zachcianek Adamka komplikuje mi zycie. Nie chce omletu teraz, ale moze bede chcial za godzine? Kto to wie…
Paradoksalnie, wklad pracy wlozony w przyrzadzenie posilku jest na ogol odwrotnie proporcjonalny do prawdopodobienstwa zjedzenia go przez dziecko.
To po co ja w ogole gotuje?
(tutaj zapada mocne postanowienie nakarmieniadziecka pulpetami ze sloika, widzialam w sklepie za 469 tolarow, co sie bede….)
I takimi drogami kraza wlasnie moje mysli.
Oby nie uciekaly zbyt daleko, dogonienie ich chyba jest poza moimi skromnymi mozliwosciami. Bo przeciez siedze przed komputerem w przyslowiowych gaciach i rozciagnietej koszulce… pot… woda… goraco…
Czas na zmiane pozycji na bardziej ornamentalna. Na podlodze z wentylatorem u stop…
15/06/06
Wysoki obcas? he he, za nastepne dwa lata
Bo ja wysokie obcasy uwielbiam! Nie, zeby mi wzrostu brakowalo. Jakos tak… dobrze sie czuje… szybko chodze, biegam nawet, samochod prowadze, przy – bagatela – jedenastu centymetrach…
A wlasciwie wszystko w czasie przeszlym, tak scisle rzecz ujmujac.
Bo przed Adamkiem.
Bo, jakze to tak?, w ciazy i na obcasach?
Coz, na poczatku jeszcze niesmialo nosilam jakies szesc, moze siedem centymetrow, ale szybko moje biedne ciezarne cialo wyrazilo sprzeciw w postaci opuchlizn i bolesnego swedzenia.
I przesiadlam sie na plaskie buty.
Potem urodzil sie Adam, a do pchania wozka obcasy niewskazane (szczegolnie przy bogato pofaldowanych nawierzchniach wspolczesnej postkomunistycznej Europy… nawet tutaj, gdzie beda mieli Euro juz niedlugo…).
Potem… Eh… jakos nie bylo okazji, choc sklamie, jesli napisze, ze nie bylo obcasow w ogole (chron mnie, Panie, od klamstwa, a fe!). Przeciez byly, w Polsce, w listopadzie, kiedy dziecko niczego nieswiadome zasnelo spokojnie w domu Dziadkow a mama, myk!, uciekla porozkoszowac sie swoboda (wrocilam przed polnoca, dodam na wszelki wypadek).
I tak wslizgnelam sie dzisiaj do malenkiego pomieszczenia obok naszej kuchni, gdzie spokojnie poutykane na drewnianym stojaku spi moje dwanascie par butow na obcasach. Te czule bladorozowe szpileczki z noskami jak obrazony kociak, te rozkoszne blyszczace sandalki z pudrowo-zielonymi paseczkami, eh, nawet moje niesmiertelne klasyczne kozaczki, budza jakas gleboka nostalgie… zal za utraconym (choc nie na zawsze!!!)… wyciskaja malenkie perelki lez…
Bo nie bedzie szpileczek, koturnow, kanciastych obcasow, plecionych napietkow przez nastepny rok! (moze dwa, moze trzy…. tego nie wie nikt…)
Bo bedzie drugie Bejbi. W zamian.
Kiedy mialo przyjsc na swiat to pierwsze, toczylismy z mezem (wowczas jeszcze nie-mezem, znowu sklamalabym niechybnie…) dlugie i zaciete dysputy telefoniczne (bo dzielilo nas ponad tysiac kilometrow asfaltowych drog roznej jakosci), czy chcemy znac plec naszego dziecka.
J nie chcial. Wychowany w magicznym klimacie “oczekuje na dziecko, nie syna lub corke”, nie mogl za nic w swiecie zrozumiec, dlaczego nie chce mi sie czekac az dziewiec miesiecy na rozwiazanie niewiadomego, skoro moge wiedziec wczesniej. Bo jesli ktos chce znac plec dziecka, to takie oczywiste i pozbawione elementu duchowego, emocjonalnego i uskrzydlajacego zaskoczenia. A ci, ktorzy z tajemniczym polusmiechem na ustach “czekaja niespodzianki”, tych sie podziwia… Zreszta malo wazne byly te wszystkie dysputy, bo z nieznanych przyczyn nasze dziecko mialo juz na imie Ola i oczywiscie bylo kobieta. Na 100%. A jesli to mozliwe, to na wiecej…
Skoro i tak wiedzielismy swoje, wiec czekanie na werdykt z ust ginekologa bylo w penym stopniu pozbawione sensu. I tak w okolicach sierpnia 2004, na rutynowym usg, drG pyta uprzejmnie, “chcecie znac plec?.” “Juz znamy,” otrzymuje odpowiedz zgodnym chorkiem zgodnych (wowczas jeszcze nie-) malzonkow. Zatem drG kontynuuje z usmiechem, “Piekny chlopiec…”
Wstyd sie przyznac. Poplakalam sie na poczatku. Zajelo mi dwa dni, zeby zrozumiec, ze to wcale nie takie nieprawdopodobne, ze taka nadeta i antymeskonastawiona (malzonek wyjatkiem, ktory potwierdz regule!) kobieta moze nosic w sobie malenkiego penisika.
Potem bylo juz tylko fajnie. Przemianowalismy Ole na Adama i zrobilo sie swojsko, wesolo, radosnie i w ogole bez zarzutu, normalnie rodzina z obrazka w elementarzu.
Goraca dyskusja powrocila jednak na nasza poranna kuchenna wokande dzisiejszego poranka. Bo nie mamy ZADNYCH, absolutnie ZADNYCH przeczuc. Mamy, oczywiscie, preferencje. J chce dziewczynke. Ja chce chlopca. Tak, drugiego chlopca. Bo…
Po pierwsze, ja juz doprawdy wiem, co z takim chlopcem robic (znam wszystkich bohaterow Thomas the Tank Engine na pamiec, znam sie na wywrotkach, ciezarowkach, koparkach, dzwigach itp…)
Po drugie, chyba latwiej sie bedzie Adamkowi bawic z chlopcem, eh, juz widze te wszystkie chlopackie zabawy…
Po trzecie, mamy w zanadrzu caly ten chlopiecy chlam, niebieskie ubranka, granatowe wozeczki, samochody roznej wielkosci i dla roznych grup wiekowych, co tylko wiedzie mnie do czwartego argumentu…
Nie cierpie rozowego koloru (wyjatek dla moich wyzej wspomnianych BLADOrozowych szpileczek o noskach jak obrazony kociak), koronek, frywolnych spodniczus, spineczek z biedroneczka, laleczek Barbie itd, itp…
Ale jak bedzie dziewczynka? to tez bedzie fajnie.
W sumie ktos kiedys bedzie musial odziedziczyc po mnie te cala kolekcje butkow na obcasach… A poza tym moze wbrew genetycznym uwarunkowaniom, miast odziewac szmaciane laleczki w koronki i balowe kiece, moja corka bedzie wbrew regulom zafascynowana czyms bardziej chlopiecym?
Zatem, w razie czego, chyba powinnismy znac plec. Zeby sie przygotowac psychicznie, emocjonalnie i logistycznie… Tego argumentu moj mistycznie-magiczny, oczekujacy-dziecka-nie-syna-lub-corki maz chyba niczym nie obali …
I w takim nastroju uciekam oproznic lozeczko mojego synka (nie, synka w nim zostawie) z plastikowej wywrotki, figurki Thomasa (pewnie zasnal z nia w reku), plastikowego Gordona (dla niewtajemniczonych, duza lokomotywa) i kilku jeszcze meskich klamotow. Zostawie tylko Strasznego Lwa (zapewne gdzies pod glowa Adamka), bo miekki i dobrze sie z nim spi.

A potem wslizgne sie jeszcze na chwilke przytulic te kilka par moich ukochanych butow na wysokich obcasach, do ktorych bede tesknic przez nastepny rok (moze dwa, moze trzy…), choc w generalnym rozrachunku, warto je na chwilke odlozyc… na rzecz potomstwa.
01/06/06
Lista potencjalnych dobryc rad
Od dluzszego czasu ukladam sobie w glowie “liste potencjalnie dobrych rad na przyszlosc dla Adamka.” Mam juz dobre osiemdziesiat punktow, wciaz jednak zyje w przeswiadczeniu, ze to ciagle jeszcze za malo, zeby zapewnic dziecku spokojny start w doroslosc. Oczywiscie zdaje sobie sprawe z faktu, ze pewnie moglabym dodawac tak punkty senza fine, ale jakos przyzwyczailam sie, ze taki spis istnieje, realnie, namacalnie, dotykalnie, wtloczony w niebieski zeszyt, zapisana rownym (w miare) pismem cala madrosc mojego ponad trzydziestoletniego zycia.
I tak obok trywialnego “nie baw sie nozem, bo sie skaleczysz” czy “dbaj o zeby,” mam dla dziecka rowniez kilka powazniejszych rad typu “strzez sie nienawisci, przede wszystkim tej, ktora zalega sie w Tobie” czy “nie pozwol sobie nikim pogardzac.”
Jakosc niewazna, wazne, zeby przekazac wiedze Adamkowi zanim bedzie musial sam odebrac lekcje od zycia.
I moze ktos pomysli, ze to wcale nie takie wspanialomyslne pozbawiac kogos mozliwosci nauki przez wlasne doswiadczenie – jak to mawia moj Tata “jak sie nie przewrocisz, to sie nie nauczysz” – ale pewnie sa takie drobiazgi, ktorych pojawienie sie w naszym zyciu nie wnosi zadnej nauki, nie sprawia, ze stajemy sie madrzejsi, nie czyni z nas osob zyciowo doswiadczonych, a jednak warto o nich wiedziec.
Jak ponizej…
Wpis z 29.maja 2006. pod numerem 79.
Synku, nigdy, przenigdy, za zadne skarby tego swiata, dla zadnej przyczyny, ktorej wartosc materialna nie przekracza “niewyobrazalnego” (te wartosc musisz rozwazyc sobie sam w swoim sumieniu) NIE SIADAJ NA PEKNIETEJ DESCE KLOZETOWEJ! To boli…
I co? Nie takie znowu glupie, nie?
03/05/06
Wladza duzego nad malym

Kiedy mialam siedem lat, po raz pierwszy w zyciu rodzice poslali mnie na tak zwane kolonie.
W zyciu przechodzi sie kilka takich “pierwszych razow”, standardowo to zazwyczaj “pierwszy dzien w szkole”, “pierwszy pocalunek”, “ten pierwszy raz”. Dla niektorych to takze “pierwsza pala”, “pierwszy papieros,” itd, itp. Dla mnie te pierwsze kolonie na zawsze zostana wielkim, traumatycznym przezyciem, poteznym ciosem w moj maly swiat, tlustym drukiem w historii mojego zycia.
Z przyczyny bardzo prozaicznej (choc dla mnie, wowczas najmlodszej dziewczynki na koloniach, dziecka, ktore potrafi kazda najmniejsza rzecz wyolbrzymic do rozmiarow kosmosu, jakos wcale owa przyczyna malenka nie byla)
Otoz w pewien piekny letni dzien, pani wychowawczyni zabrala nas nad morze. Pisk i krzyk czeredy dzieciakow (a pewnie byla nas z dwudziestka, najmlodsza grupa dziewczynek, zadna nie miala wiecej niz 9 lat, ulozonych rowniutko na metalowych lozkach w klasie pewnej szkoly podstawowej w nadmorskiej miejscowosci), z ktorych wiekszosc pewnie nie widziala morza jeszcze nigdy w zyciu. Jakiez to bylo podniecenie, jakiez goraczkowe pakowanie skromniutkich kostiumow kapielowych, recznikow, upinanie kokardek na glowach, ubieranie najsliczniejszych bluzeczek i spodniczek, czesto szytych przez mamy, babcie, wciskanie kremow bambino (to i tak byl szczyt marzen w tamtych czasach) do plazowych koszyczkow, generalny obraz ekscytacji na najwyzszych obrotach. Idziemy nad morze po krzywych chodnikach, szczebiocemy, spiewamy jakies kolonijne piosenki – wielka, niczym nieposkromiona radosc. Wbiegamy bosymi stopkami na goracy, zloty piasek, szukamy miejsca i… okazuje sie, ze sielanka troszke przeslonila nam zdrowe myslenie. Zapomnialysmy zabrac koce…
Dzieci spochmurnialy. Pani wychowawczyni toczy piane z ust. Obrazona na cale to mizerne stado wystrojonych jak na niedzielna msze dziewczynek, z mina meczennicy siada na kolonijnej chuscie i naburmuszona wystawia, co tam ma do slonca. Rzuca jeszcze przez ramie, “Kapieli nie bedzie…” Jak to nie bedzie? Jak to, to po to maszerowalysmy taki kawal drogi, zeby sie nie wykapac w takim cudownym, slicznym morzu? Nie. Zadnej kapieli, nie wolno nawet zanurzyc nog. Nasza dwudziestka smetnie i pokornie wyciaga, co kto moze, zeby przycupnac na piasku, te mizerne pasiaste reczniczki (a instytucja recznika kapielowego nie byla wowczas jeszcze tak popularna, jak dzisiaj), poskladane w koste ubranka. Jedna z nas, chcac udobruchac pania oddaje jej swoj recznik, sama upycha sie razem ze mna na moim. I siedzimy tak milczaco nad morzem przez dwie godziny, niechetnie grzebiac w piasku i nie ruszajac sie ani na milimetr.
Po powrocie, ciagle obrazona pani wymysla dla nas dodatkowa kare. W trakcie poobiedniej ciszy kazda z nas musi 100 razy napisac na kartce “na plaze trzeba zabrac koc…”
Pisze, pisze… Boli mnie reka, bo jako swieza absolwentka pierwszej klasy szkoly podstawowej nie jestem w stanie napisac bez odpoczynku wiecej niz trzech zdan. Po zapisaniu polowy stronicy zaczynam plakac. Wielkie, szczere lzy kapia na kartke. Konczy sie poobiednia cisza. Czas na zajecia sportowe na zewnatrz. Dziewczyny juz skonczyly pisac. Juz zapomnialy, a ja nie osiagnelam nawet polowy mojego celu. Pani jest niewzruszona, kaze mi zostac i skonczyc. Rycze juz na dobre. Sama, w wielkiej pustej sali, wsrod rowno poscielonych lozek, na zewnatrz odglosy zabawy. Kartka cala mokra, dlugopis nie chce po niej pisac… Pani nawet nie zajrzy, zeby sprawdzic, czy jeszcze tam jestem. “Przyjdz, kiedy skonczysz…” wiem tylko tyle, wiec szlocham w swojej siedmioletniej bezsilnosci.
Pani nie przyszla. Ja nigdy nie skonczylam.
Zaniepokojona moja nieobecnoscia siostra (siedem lat starsza, wiec dumnie umieszczona w najstarszej grupie), wkrotce przed kolacja przychodzi w poszukiwaniu mojej smarkatej osoby.
Tego samego wieczoru dzwonimy do domu, dwa dni pozniej pojawia sie moj ojciec, pakuje nasz rzeczy i zabiera nas do domu. Jeszcze tylko porozmawia z pania wychowawczynia. Wychodzi z tej rozmowy z zacisnietymi ustami. Dopina moja kurtke, w tym czasie pojawia sie pani wychowawczyni i pani dyrektor, ta druga z przeprosinami na ustach. Pani wychowawczyni placze. Pada slowo “przepraszam”, ale nigdy w moim kierunku.
Duzy ma niemal niczym nieograniczona wladze nad malym. Bo ten wiekszy ma zawsze racje. A nawet jesli jej nie ma, zawsze moze siegnac po fizyczny argument, tak jak pani wychowawczyni, albo tak jak ten duzy gburowaty facet w “Misiu” Bareji, w barze mlecznym Apis, kiedy bezpardonowo pozabawia tego malego zabieganego gonca z planu filmowego jego skromnego posilku.
I tak moje dziecko dostalo lopatka po glowie w piaskownicy. Ale tak na serio, nie tak tylko troche. Ten duzy (na oko szescioletnia dziewczynka), pozyczyl wszystkie nasze zabawki, a potem nie chcial oddac, co tam oddac, podzielic sie, dac sie pobawic jednym kubeczkiem do przekopania tej sterty piachu w kacie, wiec nie tylko Adam dostal lopatka, ale dostal WLASNA lopatka.
Mam zasade, ze poki nie leje sie krew, nie wtracam sie w sprawy miedzy dziecmi, siedze i obserwuje. Tak samo zachowala sie matka owej dziewczynki. Jednak kiedy dziewczynka sypie Adamowi piaskiem w oczy, a biedne szesnastomiesieczne, zamarkane dziecko zaczyna sobie ten piasek w oczy wcierac placzac jeszcze bardziej, postanawiam interweniowac. Przytulam zasmarkanca i zaczynam z nim zbierac nasze zabawki. Metodycznie i spokojnie. Niestety moj czyn wznieca wielki placz w wykonaniu dziewczynki. Ta zaczyna miotac sie histerycznie, rzuca sie na ziemie i wyje na dobre. W tym miejscu wreszcie doczekuje sie reakcji jej matki. Kobieta wbiega do piaskownicy, chwyta swoja corke i zaczyna na mnie krzyczec… Rozumiem swietnie, co ma mi do powiedzenia, malo mowie, ale slowenski na tyle przypomina polski, ze nie musze nawet nerwowo poszukiwac znaczen w moim skromnym leksykonie. Jestem, jej zdaniem, niepowazna, zeby tak cudze dziecko potraktowac, zeby do takiego stanu doprowadzic niczemu niewinna dziewczynke, i jeszcze dluga lista oskarzen. Zbieram zabawki dalej, nie reaguje (troche brakuje mi slow na wyklocanie sie, niestety), a kobieta wygraza mi reka nad glowa, wykrzykuje, pomstuje. Kiedy zas oswiadcza, ze skoro moje dziecko nie potrafi bawic sie z innymi, to moze nie powinno sie w tej piaskownicy znajdowac, zlosc podchodzi mi do gardla. Podnosze sie z kuckow powoli…
Patrze teraz na te nieszczesna kobiete o dobre poltorej glowy nizsza ode mnie, z politowaniem. Prostuje sie i bez slowa wychodze z piaskownicy z moim malym placzacym dzieckiem z piaskiem w oczach i wlosach i torba z zabawkami pod pacha.
Nie wiem, czy moj wzrost, a moze peczniejaca gniewem cisza z mojej strony, w kazdym razie cos sprawilo, ze i matka, i jej aspoleczna corka cichna. Czuje, ze odprowadzaja mnie wzrokiem, ale nie odwracam glowy.
Mam cie w nosie, kobieto, ciebie i twoje niewychowane dziecko.
Ten jeden raz w zyciu poczulam satysfakcje ze swojego wzrostu. Ten jeden raz w zyciu pomyslalam, ze czasami warto pokazac przewage fizyczna, bo na pewne zachowania ludzkie nie ma sily.
Do piaskownicy wrocilismy nastepnego dnia. I dziewczynka, i jej matka trzymaly sie od nas z daleka.
14/04/06
(bez tytulu)

Ewentualnych czytajacych uprzejmnie prosze o potraktowanie ponizszego postu z przymruzeniem oka.
W trakcie jego powstawania (rowniez w trakcie nad nim przemyslen) nie ucierpialo zadne dziecko, nikt nie doznal zadnej krzywdy, nie liczac malenkiego guza na glowie Adama, powstalego raczej w skutek zamilowania do eksperymentow z wdrapywaniem sie na parapety.
Miewam w ostatnim czasie wielkie przemyslenia nad cudem ewolucji i faktem, ze tak nas rozsadnie natura wyposazyla w hormony, instynkty i Bog wie, co jeszcze, ze jestesmy w stanie tolerowac wlasne potomstwo. Bo jakby na to nie spojrzal, takie niemowle, ewentualnie brzdac to chyba najbardziej irytujace stworzenie na swiecie. Wlazi Ci na glowe, ustawia sobie Ciebie i cala rodzine wedle wlasnego, niezrozumialego widzi-mi-sie, krzykiem terroryzuje otoczenie, jest bezwzglednie zaborcze a jednak nie wyrzucasz go do smietnika, choc zdrowy rozsadek tak by Ci podpowiadal:))) Po raz kolejny w ostatnich dniach uklony w strone matki natury, ktora tak nas genetycznie wyposazyla, ze nawet najbadziej narwana osobniczka (choc zakladam, ze moja teoria w duzym stopniu rozciaga sie rowniez na mezczyzn), wydawszy potomka na swiat, zamienia sie w pokornego i ciepliwego aniola.
Pomimo prosb i grozb Adam namietnie grzebie w doniczkach z tulipanami, wyrywa cebulki, obrywa kwiatki. O zjadaniu ziemi nie wspomne. Rownie uparcie wlazi na stol w kuchni, zrzuca wszystko, co na owym stole napotka i wydaje dzikie przy tym okrzyki, a dokonawszy dziela, sam oklaskuje sie swoimi miniaturowymi raczkami. Niepomny blagan i nawolywan rodzicow w trakcie kapieli namietnie rozlewa wode czym tylko sie da, wiekszosc ktorej to wody zazwyczaj konczy na ubraniu rodzica (a wlasciwie obojga). Rownie uparcie przy zmianie majtek obsikuje wszystko i wszystkich dookola z szelmowskim usmiechem na twarzy. W trakcie posilku poznaje prawa natury i na drodze fascynacji silami ciazenia odkrywa ciagle na nowo, ze przedmiot upuszczony z wysokosci, niezmiennie laduje na podlodze. I znowu oklaskuje sam siebie. Przy tym salwy smiechu wywoluje u niego widok rodzicow pelzajacych po podlodze i wybierajacych zielony groszek, kukurydze, kawalki miesa i marchewki z najciemniejszych katow kuchni.
Nie bede mnozyc przykladow.
Wazne, ze pomimo tego wszystkiego, nasze dziecko jest ciagle czlonkiem naszej rodziny. I choc czasami doprowadza nas do skraju ludzkiej wytrzymalosci, nic sie chyba w kwestii jego przynaleznosci do naszego stadla nie zmieni.
Goraco za to matce naturze dziekuje.
A wszystim czytajacym zycze wielkiej cierpliwosci. Z okazji Wielkanocy, oczywiscie.
07/03/06
Czytaj, dziecko, czytaj

Od kilku dni mamy mala, cicha wojne domowa.
A wszystko przez ksiazke…
Adas umilowal “czytanie” ksiazek. Jakiez to piekne i jak dobrze rokuje dziecku na przyszlosc. Czytanie, jednakze, w pojeciu mojego dziecka, to niezupelnie to samo, co mamy na mysli mowiac “czytam.”
Oczywiscie, w najbardziej naturalny z naturalnych sposobow, zaczelo sie od wydzierania kartek z ksiazek. Niszczycielskie zapedy Adama nie budzily naszej aprobaty, ku wielkiemu zdziwieniu samego zainteresowanego, ktory po kazdej wydartej kartce klaskal w dlonie i nagradzal sam siebie tancem zwyciezcy w rytm jakiejs skomplikowanej melodii, ktora zreszta slyszal tylko ow zainteresowany.
Postanowilismy zatem ksiazki zastapic kolorowymi magazynami, bo milosci do druku trzeba uczyc od najmlodszych lat. Niestety, wyjete z kategorii “nie wolno”, owe czasopisma szybko staly sie malo podniecajacym celem dla dziecka.
Niezauwazenie, kilka tygodni temu, dziecie powrocilo do ksiazek. Tym razem z zainteresowaniem je ogladajac. Zaczelo sie od rysunkow owocow w “The Very Hungry Caterpillar” i zwierzat w “Good Night, Sweet Butterflies.”
A wszystko poczatkowo wedle schematu – dziecie wskazuje na przedmiot, mama/tata mowi, co to jest. Z czasem schemat ewaluowal ku mama/tata mowi, dziecie wskazuje na przedmiot. Rozgarniety Adas zatem potrafi juz pokazac caly zieleniak w ksiazce, a i z zoologicznego punktu widzenia zachowuje sie przyzwoicie (jakos opos i kurczak mu nie wchodza do glowy).
Wczorajszego wieczoru postanowilismy sprobowac rozbudowac wiedze naszego dziecka o dzwieki, jakie wydaja zwierzeta.
I tu zaczely sie schody…
-Adasiu, zobacz, swinka.- dziecie zachwycone wbija wrecz palec w obrazek z tlustym, ornamentalnie rozlozonym na trawie prosiakiem.
-Jak robi swinka? Swinka robi “chrum, chrum.”
Malzonek prawie pada z zaskoczenia.
-Co? Swinka “chrum, chrum”? Wam, Polakom chyba ktos na uszy stapnal… Gdzie ty slyszysz “chrum, chrum” w mowie swinki?
Rany! Bedzie mi tu mowil, jak swinka robi! Slyszalam (chyba), to wiem, ze swinka robi “chrum, chrum”. Ale klocic sie nie bede, wiec z wrodzona grzecznoscia pytam:
-A jak robi swinka?
Malzonek na to autorytatywnie:
-”Oink, oink”-i usmiecha sie dumny z siebie.
Wariat, jak cie moge, wariat… Ale zachowuje te przemyslenia dla siebie.
W ciagu tegoz wieczoru dowiaduje sie jeszcze, ze polskie “hau, hau” jest malo wiarygodne wobec angielskiego “woof, woof”. Podobnie rzecz ma sie ze starym dobrym “kukuryku”, a “kum, kum” jest tak arbitralne, ze bez dopowiedzenia, ze chodzi o zabe, nikt nie zrozumie (hmmmm, angielskie “needy, needy” jest za to czysta onomatopeja!).
Jako wielka milosniczka i szerzycielka mojego wlasnego jezyka ojczystego czuje sie wielce urazona. Dotknieta do glebi slowami wlasnego malzonka, postanawiam tym bardziej nauczyc dziecko polskiej mowy zwierzat, niestety, dziecie znudzone nasza dorosla dyskusja, ucieka do kuchni, gdzie ze szczerym usmiechem na ustach wygrzebuje plastikowe torby z szflady.
A kiedy wszystkie leza juz w artystycznym nieladzie na podlodze, znika gdzies za zalomem i cichnie. Niepomna faktu, ze im ciszej, tym bardziej prawdopodobnie robi cos z kategorii “nie wolno”, rozkoszuje sie ta chwila blogiego braku dziwekow, chrumkow, oinkow, kukurykow i innych w powietrzu. Maloznek chyba zreszta tez.
Po chwili wbiega do pokoju dziecko w dloni dzierzac spora pomarancze. Raczka wyciagnieta przed siebie, staje w rozkroku (rany, wyglada jak Kolumb z promenady w Barcelonie!) i dumnie wykrzykuje “Yhy! Yhy! Eee!!!” Po czym rzuca pomarancze na ziemie, chwyta ksiazke i wlepia paluch w rysunek. Patrze z niedowierzaniem. Pomarancza, jak nic.
Dziecie dostaje owacje na stojaco od mamy/taty, ktorzy pomimo nieporozumien na tle jezykowym, lacza sie w radosci swietowania kolejnego kroku w rozwoju malego czlowieka.
Nasza mala wojna zas ciagle trwa. Przedyskutowalismy wieczorem caly zwierzyniec… jakos nie bylo miedzy nami porozumienia…
Ah, jak to dobrze, ze owoce nie wydaja dzwiekow.
No, chyba ze spadaja ze stolu, jak dzisiejszego ranka, kiedy nieopatrznie odwrocilam sie plecami do dziecka niewinnie igrajacego plastikowymi naczyniami na podlodze kuchni.
Ilez bylo sprzatania…
01/02/06
Czy…

Czy jesli moje dziecko drze sie w nieboglosy, to znaczy, ze bardzo cierpi? Czy moze uwaza sie za skrajnie niekochane, porzucone i zaniedbywane przez matke-wariatke? Czy moze doskwiera mu bol egzystencjalny, bo wcale nie chcialo mu sie zyc w tym dziwnym, zupelnie pozbawionym logicznych zasad swiecie, a tu ktos nagle, bez zadnego wstepnego ostrzezenia powolal go do zycia?
Bezsprzecznie nie potrafie jednoznacznie odpowiedziecna te i milion innych pytan.
Nikt nie obiecywal, ze bedzie latwo, ale to, co widze, przechodzi moje najkoszmarniejsze wyobrazenia.
Masz synku tego pilota, wrzuc go do pralki.
Tak, mozesz spokojnie zaniesc ubloconego buta do sypialni i upchnac go w szufladzie z bialymi obrusami.
A pokrec sobie tym pokretlem na pralce, moze znowu uda Ci sie ugotowac pranie.
Nie przejmuj sie, pobaw sie jeszcze pokretlem przy piecu, moze znowu z wielka radoscia spalisz odgrzewany obiad…
Oczywiscie, ze mozesz spac z myszka od komputera w jednym lozku, przeciez dosc tam miejsca.
A misowi nic sie nie stanie, jak troche poplywa w klozecie…
Tylko nie ciagniej mnie juz za wlosy, dobrze?
I, prosze, nie wpychaj mi na sile klockow do buzi, zdaje sie, ze nie chca sie tam ot tak sobie zmiescic.
Na jakie jeszcze kompromisy musze pojsc, zeby uzyskac chwile ciszy w domu? Jak wybierac, o co walczyc, a czemu odpuscic? Gdzie jest granica miedzy zdrowym rozsadkiem, a niezdrowa poblazliwoscia?
Na dzisiaj nie znam odpowiedzi na zadne z tych pytan.
Moze za kilkanascie lat…
Ale i tak pewnie nie ma gwarancji.
Eh…
20/01/06
Trzy slowa o jezyku

12.grudnia zeszlego roku ostatecznie minal okres gwarancji na moje dziecko. Pomimo wszelkich niedogodnosci i intensywnosci przezyc, ktorych doznalismy z powodu obecnosci dziecka w domu, postanowilismy zatrzymac go na zawsze. Nawet jesli mamy podejrzenia, ze ktos nas zrobil w balona i w miejsce nieplaczacego i spiacego modelu, dostarczyl model placzacy i niespiacy.
Zreszta teraz to juz niewazne.
Moze to takie male przejezyczenie.
A skoro juz o jezyku…
Mialam pewne takie podejrzenia, ze z momentem pojawienia sie dziecka w domu, matka zaczyna gugac a nie mowic, szyszkac a nie wyrazac zdanie, itd.
Objawy zubozenia jezykowego obserwowalam u siebie od dawna.
I w pewnym sensie sprawialo mi to przykrosc, bo a)dla mojego dzieciatka jestem jedynym wiarygodnym zrodlem jezyka polskiego, b)jestem z wyksztalcenia jezykoznawca, wiec jakas duma zawodowa, ble…., c)od wiekow draznily mnie te smutne cechy jezyka polskiego, ktore pozwalaly nam nazywac mordobicie “awanturka”, a znajomych zapraszac na “kawke i ciasteczko” (ktore to byly pelnowymiarowa kawa w szklance i ciachem wielkosci bylego ZSSR).
Jednak czytam sobie posty kolezanek forumowych i, na szczescie! nie jestem jedyna osoba dotknieta ta smutna przypadloscia. O ile w pelni popieram fakt, ze nasze dzieci to Kajtusie (a nie Kajetany), Stasie (a nie Stanislawy), Malgoski (a nie Malgorzaty), o tyle juz trudno mi pogodzic sie, ze nasze dzieci jedza “kolacyjke” w miejsce kolacji, zapychaja sie “szyneczka,” gustuja w “jajeczniczkach,” bawia sie “klocuszkami” i siusiaja w “nocniczek.”
I nie mam tutaj na mysli jakiegos jednorazowego uzycia, kazdemu sie zdarza (patrz: awanturka, kawka i ciasteczko), ale dwudziestowyrazowe zdanie, w ktorym 70% to zdrobnienia.
Wiem, wiem… “baby talk,” uczylam sie o tym na studiach, to daje komfort dziecku. Ale czemu ja, jako dorosla kobieta, piszac posta do innych doroslych kobiet, opwiadam o tym, jak Adas “nie chce pic z buteleczki, a kubeczkiem niekapkiem gardzi…”???
Wrrrrr…. Mam nadzieje, ze mi przejdzie. Jesli nie… Sama nie wiem… Przypomina mi sie taka anegdota, nie wiem, moze nie nadaje sie na forum dzieciowe, ale chyba nikogo nie obraza, wiec moze z niewielka przychylnoscia kochanej Smoki ten post znajdzie sie w moim pamietniku…
To prawdziwe wydarzenie w pewnym polskim domu zawsze przyprawia mnie o salwy smiechu.
Maz mowi do zony…
-Co robisz, mamusku?
-A nic, tatusku…. Tak sobie kuchenke ogarniam, wiec lepiej sp…daluchnaj…
22/11/05
22.listopada 2004

O szostej rano, kiedy dzwoni budzik J, czuje, ze moja glowa nie nalezy do mojego ciala.
Przez ciezko materie snu i umeczenia organizmu, przez jakis przesmyk niewielki gdzies w mojej nieobecnej jeszcze w pelni swiadomosci wdzieraja sie te natretne poranne pytania….
“Gdzie bylam wczoraj? Pilam? Rany, z kim? Z jakiej okazji? Od czasow studenckich nie mialam tak potwornego kaca…………”
Ale zbawienny sen wlecze mnie na powrot w slodkie ukojenie.
Budze sie nagle. Ptaszki spiewaja. Wiosna chyba… Jak milo wstac rano, jak milo zaczynac dzien w rytm piosneczek slowiczkow…
Jakich slowiczkow? Czy slowiczki spiewaja rano?
Eh, wroble glupie…
Nie, to nie wroble.
Telefon!
Wiadro zimnej wody na moj zamroczony leb. Jest listopadowy poniedzialek, za oknem wprawdzie slonecznie, ale z wiosna to slonko nie ma wiele wspolnego. Mam na imie Magda, spalam krotko, nie moge podniesc sie z lozka i…
Wszystko wraca… Jestem w prawie juz osmym miesiacu ciazy, wcale nie mam kaca, to tylko efekt bezsennosci, na ktora cierpie od dobrego miesiaca, mieszkam w Slowenii…
Rany boskie!
Ten telefon!
Ot i moj J.
-Wstalas?
-Nie… Tak… Juz… Jeszcze chwilke… – placze sie w zeznaniach.
-Oj, przeciez juz jest 9, bede za pol godziny, badz gotowa.
-Dobrze… – struchlalam. Wreszcie do mnie dotarlo. Zaspalam, zaspalam, jasna cholera, zaspalam!
Biegiem (to troszke przesada, brzuch stal na przeszkodzie) do lazienki robic sie na bostwo. Prysznic (szesc sekund chlodnej wody na otrzezwienie).Oczy jeszcze snem sklejone, zamglone, cudownie rozmarzone, w stanie sennego upojenia z wielkimi problemami poddaja sie czynnosci malowania. No ale przeciez bez oczu nie pojde! Ubrania, starannie poprzedniego dnia wyprasowane, wciskam na moje pelne sprzeciwu cialo. Lustro. Nie jest dobrze. Ale ciezarnej chyba wybacza… Wlosy… Nielad, obraz destrukcji, dezintegracji i dewaluacji pojecia “zadbana w ciazy.” Matko…
Przychodzi J. Udaje, ze jestem w porzadku, ze nic mi nie dolega, a juz na pewno nie spory (rany, nie spory tylko bezkresny!) poslizg…
-Wygladasz…- zawiesza glos gdzies w przestrzeni miedzy mna a nim. Jakby szukal slowa. Czas zamiera, jak na filmie, nie oddycham, bo nie chce nieczego na nim wymoc, nie oddycham, bo nie chce zdradzic sie nawet drgnieciem powieki, ze w takim waznym dniu zaspalam… – jakos za ciemno dla mnie. Zaloz ten bialy dlugi sweter, bedzie ci cieplo i w ogole.
Oddycham z ulga, chyba nie zauwazyl…
Chyba nie zauwazyl, ze cala jeszcze jestem poduszkowo ciepla, ze moj mozg jeszcze nie wyszedl z nocnego, nieswiadomego lsnienia, ze jedna noga jeszcze jestem tam.
-Chodzmy, mamy malo czasu.
Wychodzimy. Usmiechnieci, radosni, spokojni. Jest 9.30 rano.
Nagle J. chwyta mnie nerwowo za przegub.
-Cholera! Zapomnielismy o kwiatach.
I bieg zaczyna sie na nowo. Wciskam sie z trudem do samochodu, bialy sweterek zatrzaskuje sie w drzwiach samochodu, nie widze tego oczywiscie, bo kto by tam zwracal na to uwage. Pedzimy do kwiaciarni, J. wpada w lekka panike, probuje wyciagnac mnie z samochodu, bo “na kwiatach to on sie nie zna,” ale dzielnie sie bronie, nie i koniec. Wszystko jedno, niech bierze i gozdziki, moga byc czerwone.
Sa roze, maly kremowy bukiecik.
Jest 10. Ufff…. Jestesmy na czas. Pod drzwiami w korytarzu szarego budynku, ktory na pewno pamieta czasy Jugoslawii w swoim rozkwicie, na trzecim pietrze (bez windy!!!), na bladoniebieskim linoleum czekaja pani tlumacz i dwie kolezanki z pracy…
W ten chlodny listopadowy poniedzialkowy poranek, w ponurym urzedzie najnudniejszeg miasta na ziemii, przy akompaniamencie muzyki z kaseciaka-jamnika, w obecnosci jednego urzednika z lancuchem na szyji, jednej urzedniczki w bladorozowym swetrze, jednej pani tlumaczki, dwoch kolezanek z pracy w charakterze swiadkow i jednego Adamka czule kopiacego mnie w pecherz gdzies od wewnatrz, powiedzielismy sobie, ze bedziemy ze soba na zawsze.
Po skromnej ceremonii poszlismy na szybka kawe do kawiarenki obok, potem moj maz zdjal garnitur, zjadl kanapke z szynka i wrocil do pracy. Ja zas zalozylam swoje niesmiertelne ogrodniczki ciazowe, kraciasta koszule i zabralam sie za gotowanie bigosu.
A potem zyli dlugo i szczesliwie….
A przynajmniej przez nastepny rok, bo poki co, niewiele sie zmienilo…
26/10/05
Nic wesolego, niestety

Siedzimy w poczekalni doktor T-K. Adam znudzony bezruchem otoczenia kreci sie niebezpiecznie blisko kosza na smieci w oczekiwaniu na nieuchronne “nie wolno.” Biedactwo, wespol z dwojka innych maluchow, wyciera posladkami i kolanami porciat podloge poczekalni. Oprocz raczkujacej trojki i matek, pod sciana siedzi babcia z wnuczka w wieku przedszkolnym I mloda dziewczyna z malenstwem, takim trzy-, moze czterotygodniowym tlumoczkiem spokojnie spiacym w jej ramionach. Z nudow analizuje wyglad dziewczyny. 20, moze 22 lata, proste blond wlosy do ramion, bardzo modnie przystrzyzone (swoja droga, skad one biora czas na fryzjera? Od czasu urodzenia Adama moje wlosy doznaly przyjemnosci dotyku nozyczek raz, kiedy fryzjerka przyszla do domu, zreszta nie obylo sie bez przerw na karmienie i uspokajanie….), dosc wyrazny makeup i rozowa sportowa bluza z napisem Dream Girl… Na ziemnie sprowadza mnie halas wywroconego smietnika… Moje dziecko z szelmowskim usmiechem wygrzebuje papiery z kosza….
Na nieszczescie halas budzi spiaca kruszynke. Przepraszam jak moge, I na ile tylko pozwala mi znajomosc jezyka. Slysze, ze nie szkodzi, ze i tak juz czas na karmienie. Malenka istotka uspokaja sie naychmiast przystawiona do piersi. Cmoka miarowo. Matka odplywa wzrokiem gdzies za szybe… I taki cichy obrazek troche w zwolnionym tempie, nawet Adam, wbrew swoim zainteresowaniom, bawi sie klockami z dwojka innych raczkujacych maluchow.
Sielanke przerywa dzwonek telefonu. Slysze wyraznie… “Halo Moto,” po czym w spokoj chwili wdziera sie obrzydliwa muzyczka. Mloda matka-karmiaca zaczyna nerwowo wygrzebywac rzecz z torby na dzieciece klamoty. Trwa to chwilke, zgrzytliwa muzyczka gra w najlepsze, matka wreszcie z ulga chwyta telefon, sprawnie rozwija swoj wysoce skomplikowany model jedna reka i z ulga przytyka do ucha. Zaczyna sie rozmowa. Glosna i pelna wybuchow smiechu ze strony mamy. Dziecko ssie dalej, choc zaczyna sie nerwowo poruszac. No, to slucham i ja… moze cos zrozumiem? Rozumiem, chyba nawet za duzo.
Jakies szczegoly z czyjegos zycia, jak sie ktos dobrze gdzies bawil w sobote, itd, itp. Brodawka wypada z ust dzieciatka.
Matka mowi dalej.
Dziecko nerwowo probuje chwycic biust.
Matka mowi dalej.
Biust blyszczy na samym srodku poczekalni, nie jakos lubieznie, ale troche go za duzo, jak na taki darmowy pokaz.
Matka mowi dalej…
Dziecko placze.
Matka wreszcie dostrzega dziecko, ale jeszcze musi cos dopowiedziec, jeszcze trzy slowa, jeszcze odpowie na pytanie…
Kiedy wreszcie konczy rozmowe, trzy matki szkrabow i babcia oddychaja z ulga.
Wraca przyjemna cisza, dziecko dostaje ponownie piers, ale, ale… Zanim matka odlozy telefon, trzasnie jeszcze urocza fotke spoconego babelka przy biuscie i… chyba wysyla MMS-a, ale to moglam juz sobie dopowiedziec.
Jej telefon zadzwoni jeszcze siedem razy w ciagu mojego okolo 40-dziesto minutowego oczekiwania.
Wieczorem gapie sie bezmyslnie w telewizor. Z wyboru, ogladam jedynie reklamy. Oferta filmowa nieciekawa, wiadomosci z obcego swiata mnie nie interesuja, do sitcomow nie mam serca.
Zalew telefonow. Z aparatem, z radiem, z klapka, z polifonia, z przenosnym telewizorem, z kuchenka mikrofalowa, z testerem plodnosci, z elektroniczna gumka do mazania (rewind: kto jeszcze pisze dzisiaj recznie?), z goraca linia do…
Z okazji pierwszych urodzin mojego dziecka (jeszcze duzo czasu, ale jakos juz o tym mysle), chcialabym zlozyc mu jakies nietuzinkowe zyczenia. Nie tam “rosnij zdrow itd, itp.). Mam juz pierwsze kilka slow.
Zycze Ci, synku, zebys nigdy nie zostal gadzeciarzem. Zebi sie blichtr nie wciagnal…
21/09/05
POST

W odpowiedzi na:
Dziewczyny, gryzie mnie cos od wczoraj, a meza nie ma w domu i mam sie komu wygadac…
Otoz mamy pomiedzy pietrami w budynku miejsce na suszenie prania. Cztery mieszkania, kazdy wstawil sobie w swoj kacik stelaz do suszenia, plus, nad glowa, niebardzo wysoko, rozciagaja sie linki.
Wieczorem wchodze do naszej suszarenki a tu…. z linek krzyczy na mnie kilka par wielkich, niepierwszej mlodosci gaci. A ze moj stelazyk w kacie z tylu, musialam pod tymi gaciami przejsc no i wysmagaly mnie po glowie… Kucnac nie moglam, bo pod pacha micha z praniem.
Moze to okropne, ale jakos sie niespecjalnie poczulam… Nie usmiecha mi sie dostac cudzymi gaciami (chocby pranymi w temperaturze 80 stopni) po twarzy…
I tak mnie gryzie od wczoraj…
Czy to ja jestem jakas dziwna, ze bielizne wieszam z tylu, poza zasiegiem ludzkiego wzroku?
Dzieki za wytrwalosc w czytaniu tych moich wywodow…
Przepraszam za ten niesmaczny temat, ale musialam…
P.S. Na popoludniowym spacerze nagle dostrzeglam cos, czego nie widzialam nigdy dotad w tym dziwnym kraju… Ludzie maja linki rozpiete przed blokami… A na linkach… matko… miliony gaci… we wszystkich rozmiarach… szare staniki… kuchenne reczniki… pasiaste pizamy… dziurawe skarpety…
Moze to taka specyfika klimatu? Moze to znowu ja jestem jakas taka malo swojska???
13/09/05
Niekonsekwencje tego swiata

Wrrrrrrrr………………
Notka na bilecie lotniczym AirFrance zapewnia, ze moge zabrac ze soba na poklad skladany wozeczek. Pieknie, mysle, szkoda, ze skladanego wozeczka nie mam. I HOP! zaczynam wiercic mezowi dziure w brzuchu, ze taki wozeczek jest nam absolutnie niezbedny. Zgadza sie po kilku minutach wykladania absurdalnych argumentow. W poniedzialkowy ranek slowo staje sie cialem i juz jestesmy wlascicielami “parasolki,” w ktorej zreszta dziecku do twarzy.
Wtorek rano, lotnisko Brnik w Ljubljanie, stanowisko do odprawy bagazowej AirFrance.
-Wozek leci z nami na pokladzie, prawda?
-Oczywiscie! Poleci jako “delivery at the aircraft,” czyli oddajemy przed wejsciem na poklad, odbieramy po wyjsciu.
-Do samego Bostonu?
-Jasne, na transatlantykach maja zawsze wydzielone miejsce na tego typu bagaze.
Jak dla mnie, bomba!
Niestety, w Paryzu okazuje sie, ze wozek, choc nie trzeba za niego placic, leci do Bostonu jako zwykly bagaz.
Ze dziecko ciezkie, ze nie ma jak nosic, zaden argument nie przekonuje pani w odblaskowym kubraczku.
-Samolot ma pelne oblozenie, nie ma miejsca na tak niewymiarowy bagaz w lukach. Na poklad mozna zabrac bagaz podreczny o wymiarach…. bla, bla, bla…
Maz sie wkurza, ja probuje po damsku.
Nic nie dziala.
Wsciekla Francuzka zaczyna odchodzic od zmyslow i prawie straszy nas ochrona. Nieugieta…
Oddajemy wozek….
…po to tylko, zeby obserwowac ludzi wnoszacych na poklad NIEWYMIAROWE BAGAZE PODRECZNE.
A miedzy innymi:
— Azjo-Amerykanka (nie wiem, czy to poprawna nazwa, ale usiluje byc do bolu poprawna politycznie) z torba na kolkach niewiele mniejsza od naszego wspolnego bagazu, do ktorego zaladowalismy sie obydwoje z mezem, plus dziecko, plus prezenty dla rodziny meza, a maz rodzine ma duza….
— ksiadz badz braciszek w brazowym habicie z czyms pod pacha, co przypomina obraz, taki 1,5 m na 1,2 m, opakowany ladnie w szary papier (ciekawe, gdzie planuje to cudo wcisnac?)
— jakis tradzikowaty smarkacz z deskorolka pod pacha.
Odwracam wzrok od przejscia, zeby mnie tylko szlag nie trafil…
Zupelnie, jak te “psy na smyczy” w Polsce… Albo skradzione rowery (policja niechetnie przyjmuje zgloszenia, bo i tak nie znajda, a im to nabruzdzi w statystykach).
Rany…. Dlaczego????
Podejmujmy walke, ale badzmy konsekwentni!
Na dzis tragicznie sfrustrowana…
27/07/05
Slowenskie sledcze sluzby handlowe
To znowu tak a propos mojego pecha.
Wyruszam z nieklamana niechecia do sklepu na tzw. zakupy. Czynnosc szczerze przeze mnie znienawidzona, uprawiana li i jedynie z powodu mojego dziecka, ktore uwielbia gapic sie na polki pelne pudelek, kartonow, tubek i innych opakowan. Zrezygnowana pcham wozek z Adamkiem przed soba wedle z gory wyznaczonego planu – pieczywo, pieluchy, nabial, artykuly chemiczne (nie zebym czegos potrzebowala, ale proszki do prania jakos najbardziej ciesza oko Adaska). Nagle *rewind* o, rany, jakis nowy produkt wcisniety miedzy Jaffa Cakes i obrzydliwe wafelki. Cofam sie kilka krokow pelna nadzieji i… matko najdrozsza! ciacha owsiane! Chwytam za pudelko, jedno, drugie, trzecie…. Stop! Jak sie z tym zaladowac do samochodu??? Lustruje poleczke…. Hmmmm… Ciastek jest dobre pietnascie pudelek, eeeeee, jak przyszle meza za dwie godziny, to jeszcze beda….
I tak zaopatrzona w jedno symboliczne pudelko pedze do domu.
Maz reaguje natychmiast.
-Nigdzie nie jade. I tak juz ich nie bedzie. Za dobre sa.
-Beda, beda, beda!!!! Pliiiiiiiiiiiiiiiz.
Wzdycha. Bierze kluczyki. Znika na pol godziny.
Ciastek juz nie ma.
Podobnie jak sledzi ze Szwecji, grzybow z Wloch, precli z gruba sola i jeszcze dobrych dwoch dziesiatek produktow, ktore polubilismy.
To tylko potwierdza moja teorie o obecnosci w kazdym punkcie handlowym tajnych sluzb sledczych bacznie obserwujacych klienta. Podoba mu sie??? Wycofac! Usunac z polek!
A moze to sie tylko mnie zdarza???
PS. Dla pocieszenia, w domu odkrylam, ze moje ruchliwe dziecko zwinelo w sklepie pudelko z klamerkami. Triumfuje!!!
23/06/05
Tyci, tycienki paszport
Moje dziecko ma paszport. Wlasny, nie tam jakis dzielony z mama czy tata, zupelnie swoj ze swoim malenkim zdjeciem.
Pewnego czwartku ow paszport przyszedl listem poleconym z ambasady. Ucieszyla mnie fotografia zdziwionego Adamka w takim waznym dokumencie. Rownie ucieszony byl moj maz, ktory nie omieszkal pochwalic sie swoim kolezankom i kolegom z pracy…
Jednej kolezance szczegolnie, nazwijmy ja, dajmy na to, Amanda, pani w srednim wieku, gdzies z poludnia Stanow, bron mnie, Panie Boze, od rozmowy z nia, bo mimo skonczonej anglistyki i meza Amerykanina, angielskiego w jej wykonaniu nie rozumiem, ale pocieszam sie, bo moj maz tez nie…
Otoz pewnego dnia moj niezastapiony maz uderza w takie slowa do wspomnianej wyzej Amandy.
- Adam ma swoj wlasny paszport, przyszedl wczoraj. – i szczerzy zeby w rozkosznym usmiechu. – Ale w sumie myslalem, ze ten jego paszport bedzie taki tyci, tyciusienki… – i uklada palce prezentujac miedzy nimi luke wielkosci znaczka pocztowego.
Amanda marszczy brwi z wyrazem zdziwienia.
- O ile mi wiadomo, wielkosc paszportu nie jest zalezna od wzrostu. – i swoim zwyczajem oddala sie korytarzem cos tam jeszcze do siebie mowiac…
A najstraszniejsze w tym wszystkim, ze przeciez Amanda musi miec mojego biednego meza za kompletnego idiote…
30/05/05
Jak zostalam McGyverem
W biednych glowach kobiet ciezarnych po raz pierwszy w swoim zyciu, mnoza sie stereotypy dyktowane przez kolorowe pisma, slowo niepisane a krazace jak sep w powietrzu, dobre ciotki i wszechwiedzace kolezanki. I tak pierwsza rzecza jakiej dowiedzialam sie “z zyczliwych ust” po obwieszczeniu radosnych dwoch kresek swiatu, bylo “Gratuluje, ale i wspolczuje… Z twoim zamilowaniem do sportu i aktywnosci pewnie bedzie ci ciezko…”
Zajelo mi troszke czasu, zeby pogodzic sie z faktem, ze z nawiedzonej plywaczki i gorolazki przeistocze sie po woli w ociezalego wieloryba, a potem mateczke z dzieciatkiem poruszajaca sie statecznym krokiem w kierunku sklepu miesnego na rogu.
I tak tylam sobie rownomiernie i ku uciesze gawiedzi (bo jakos dotad uwazano mnie za zdecydowny chorowity patyk) a ku mojej rozpaczy. Wprawdzie plywanie szlo mi nienajgorzej niemal do samego konca (ostatnia wizyta na basenie jakos tak w poczatkach grudnia), ale z co raz wiekszym niepokojem rozbieralam sie w basenowej szatni, bo grozba wezwania Greenpeace na moj widok jakos tak wisiala w powietrzu.
Pierwsze moje rozsadne mysli po porodzie (po tym, jak wszystkie euforyczne zaczynaly blednac…) dotyczyly oczywiscie mojej zaniedbanej fizycznosci i kondycji osoby w wieku podeszlym. Pojawily sie wowczas, niezrealizowane zreszta dotad, plany naprawy, ulepszania, odzyskiwania, itd, itp.
A wszystkie na nic, bo… rzeczywistosc bolesnie pogryzla juz pierwszego miesiaca obcowania z dzidzia.
Okazalo sie bowiem, ze nie tylko brak mi czasu na basen, silownie, spacery kondycyjne i ogolne zdrowe zycie, ale nawet tak prozaiczne sprawy jak jedzenie i toaleta moga stanowic niezle wyzwanie.
I tak cierpialam przez jakis czas z zoladkiem zawinietym w supelek, albo nerwowo przestepujac z nogi na noge.
Ale potrzeba matka wynalazku!!! Nigdy dotad w moim krotkim (he he) zyciu, nie odczulam prawdziwosci tego powiedzenia tak bardzo bardzo realnie.
Po jakichs czterech miesiacach zycia z bablem pod jednym dachem, osiagnelam wyzyny zrecznosci ruchowej. I tak, o ile kazda czynnosc, poczawszy od mycia zebow, po skomplikowana obsluge cisnieniowej maszyny do kawy, potrzebuje zazwyczaj dwoch rak, a nierzadko jeszcze blatu kuchennego jako pomocnika, tak moja jedna wolna reka (druga dzierzy dziecko) wystarcza za cala armie dwurekich pomocnikow :)
W ten sposob gotowanie obiadu (z tluczeniem kotletow wlacznie), stalo sie ulubionym zajeciem Adsia – w charakterze widza z ramienia, oczywiscie. Rownie sprawnie potrafie powiesic pranie (choc tutaj nie moge nazwac sie mistrzem-cala procedura wymaga zbyt wielu ruchow calego ciala), odkurzyc, uczesac sie (sic!), zrobic sobie podstawowy makijaz, itd, itp.
A dlaczego McGyver???
To proste. Ta genialna postac filmowa byla dla mnie niedosciglym wzorem postepowania w sytuacjach pozornie beznadziejnych. Za pomoca swojego noza i kilku dostepnych, przypadkowych drobiazgow potrafil zbudowac wysoce skomplikowane maszynerie. Daleko mi do takiej perfekcji, ale moge pochwalic sie niejakimi innowacjami w moim domu, najbardziej dumna jestem z rozwiaznia problemu maszyny do kawy. Bo uwielbiam dobrze ubite mleczko w moim cappuccino. A moja nieskomplikowana maszyna potrzebuje ludzkiej reki przy takim ubijaniu. Precyzyjny system puszek i pudeleczek ustawionych wokol maszyny pozwolil mi na zainstalowanie pojemniczka na mleko dokladnie w pozycji, jaka zapewnia ludzka reka.
A uwieszone na moim ramieniu dziecko lubi przysypiac zasluchane w monotonny szum maszyny…
25/04/05
Spijze, dziecko, spij

-Adas nie chce spac…
Biedne dziecko, spocone jak myszka, wyjace jak kojot, wijace sie jak piskorz, machajace lapkami na wszystkie strony jak wiatraki.
Biedactwo, nie umie samo zasnac…
Paradoksalnie, im bardziej jest zmeczony, tym bardziej nie potrafi sobie z tym poradzic.
No, co ja mam zrobic, co? Co ja, misio biedny, mam poczac?”
I taka lzawa historie przedstwiam Siostrze przez telefon.
-No, ale chyba w koncu kiedys zasypia, nie? – moja do bolu przyziemna siostra przerywa slowotok rozzalonej matki.
-No, zasypia, jak dostanie cyca.
O, naiwnosci ludzka!!! Oczekiwalam wsparcia duchowego, zrozumienia moich problemow, wspolczucia i paru jeszcze oznak “laczenia sie w bolu” a zamiast tego dostalam…
-Hle, hle, hle, ty chyba zwariowalas, tobie oksytocyna mozg zalewa, tobie juz nawet doctor nie pomoze, no normalnie obudz sie wreszcie, skocz do lekarza, zeby ci ten wybuch hormonow powstrzymal…
Zdebialam. Z ustami w podkowke, zalem w sercu, bolem w dolku i kula w zoladku doznalam wscieklej erupcji emocji skrywanych od dziecinstwa.
-Ha, no i mam teraz dowod na twoj negatywny stosunek do mnie jako mlodszej siostry!!!
I uderzylam we wsciekle tony wypominajac Siostrze bledy i wypaczenia jej i jej rodziny (niepomna, zesmy z tej samej krwi) w piatym pokoleniu wstecz. Wytoczywszy tone jadu, dolozylam jeszcze:
-A poza tym myslisz, ze nie wiem, ze kiedys mnie uszczypnelas jak jeszcze bylam malenkim niewinnym dzieciatkiem???
Siostra zas, zamiast stanac na wysokosci zadania i wytoczyc najciezszego kalibru argumenty, wyznala:
-A poza tym przyjezdzamy do was na Swieta.
Przyjechali. Nasza mala norka zrobila sie jeszcze mniejsza, kiedy wnioslo sie do niej na cale dnie (bo spac u nas nie bardzo jest gdzie) stadlo Siostry w osobach Siostry, Szwagra, dwojki dzieci w wieku zbyt zaawansowanym, aby spoczac spokojnie w miejscu i nie dosc zaawansowanym, aby zachowac umiarkowana cisze. Ah, no i jeszcze pies, ale on w porownaniu z reszta rodziny to pestka, nawet nie wiedzielismy, ze jest…
Na widok bezwzglednych rzadow Adama – Zelaznej Piesci w naszym domu, Siostra zasmiala sie szyderczo zacierajac rece wyrzekla pamietne slowa:
-No, to zabieramy sie do roboty…
I zaczelo sie…
Adas wyje, Siostra nie wychodzi z sypialni, ja w blokach startowych w duzym pokoju, cala wsluchana w utyskiwania malego czlowieczka.
Ide na paluszkach do sypialni, staram sie byc niewidzialna, niesmialo otwieram drzwi zastaje makabryczny widok.
Adas caly czerwony na buzi, zasmarkany, wsciekle wygraza piastkami w powietrzu. Czy musze dodawac, ze nie spi?
Siostra mokra z wrazenia, smoczek w dloni, pieluszka w drugiej, uwija sie dookola lozeczka i usiluje dokonac cudu ululania malego terrorysty bez cyca w usteczkach.
-Moze on glodny? – sugeruje niesmialo – Moze bym go tak nakarmila? – glos mi sie lamie. W tym momencie czuje stalowy uscisk okrutnego Szwagra na ramieniu.
-A ty co tu? Wracaj przed telewizor, fajny film leci…
Jezu, dziecko mi wykoncza…
Ale pokornie wracam przed telewizor i sledze losy jakiejs pokracznej amerykanskiej rodziny, ale o co tak naprawde chodzi, nie mam pojecia, bo calym srecem jestem w drugim pokoju, z usmarkanym Adaskiem. Im dluzej trwaja proby ululania Adama, tym trudniej mi to zniesc, zaczynam chlipac zalosnie pod nosem… Na taka scenke rodzajowa wpada moja Siostra (rany, jak ona wyglada…)
-Chodz, musisz to zobaczyc…
Ide. Staje w progu. Adas lezy w lozeczku, przytulony do pieluchy, ze smokiem w ustach, ciumka nierytmicznie i cos tam sobie pod nosem buczy. Pewnie sie skarzy Zajacowi, ze ktos mu zabral stolowke sprzed nosa, ze jakas niespelna rozumu ciotka sie nad nim z premedytacja zneca, ze cycki chyba wyszly z domu, bo przeciez normalnie juz by tu byly, nie? Co i rusz lypie okiem spod pieluchy, robi szybki zwiad w poszukiwaniu publiki, a ze nikogo nie ma, wraca pokornie do czynnosci buczenia.
-A teraz podejdz do lozeczka i mu sie pokaz – Siostra popycha mnie lekko w strone lozeczka.
Krok do przodu, dwie sekundy obserwacji, trzecia sekunda przynosi otwarcie oka spod pieluszki i… piiiiiiiiiiiisk.
-Dawaj cycki albo wam urzadze taki wieczor, ze sie do szescdziesiatej piatej rocznicy slubu nie pozbieracie! – tlumaczy z adasiowego na nasze Siostra.
Ja rozumiem oczywiscie po swojemu, cos jakby “mamusiu zabierz te ciotke-wiedzme, zaraz skonam z braku biustu, popatrz tylko jaki jestem nieszczesliwy…”
I uderzam znowu w jeczace tony…
-Kobieto niegodna matki imienia, przeciez to dziecko sie meczy, zaraz mu wnetrznosci od placzu pekna, albo sie odwodni, albo gardlo sobie zedrze, albo jeszcze co okrutnego. Dzieci twe pewnie w traumie wielkiej zyja, co ja widze, Siostro moja, nie mozem tej samej krwi byc, bo ja nic w sobie z twego okrucienstwa nie mam… -I tak dalej, I tak dalej.
Siostra z anielska cierpliwoscia pokazuje mi drzwi i w malo uroczy sposob nakazuej opuscic pomieszczenie. Slysze jeszcze jak mowi do Adasia:
-No, bablu, cycki wyszly, teraz czas na spanie…
Po koszmarnie dlugim czasie dzwieki wszelakie milkna, z sypialni wychodzi moja mokra od potu i czerwona na twarzy Siostra. Jedyna satysfakcjonujaca mysl w mojej glowie… “No, Siostra, teraz to wygladasz gorzej ode mnie…”
-Ile czasu mi to zajelo? – pyta niewzruszona.
-47 minut. – pada odpowiedz z ust mojego Szwagra.
Co? Jakie 45 minut??? Oczu mi tu nie mydlcie, dzieciaka mi meczyla ze dwie godziny albo i wiecej…
Ale nie smiem zabierac glosu, podkulam ogon, z mina pobitego psa ide do kuchni zabrac sie za kolacje… w koncu Adam zasnal… bez… cyca… w… ustach…
Z calej tej historii wysnuc moznaby nastepujace wnioski…
Kazda minuta placzu dziecka trwa dla matki cala wiecznosc.
Nawet trzymiesieczny babelek ma swoj rozum i swietnie wie, jak pstawic na swoim.
Czasem trzeba stanac obok, spojrzec na swoje dziecko z innej niz wlasna perspektywy.
Czasem warto miec Siostre.
Oczywiscie nie ludzmy sie, ze ten jeden raz rozwiazal caly problem. Ale to byl doskonaly wstep do nauczenia mojego dziecka zasypiania bez zadnych pomocy zewnetrznych.
Nawet teraz zdarzaja sie dni, kiedy Adas protestuje jak moze, urzadza koszmarne koncerty jakby sprawdzal od czasu do czasu, czy przypadkiem nie zmienilismy zdania.
Nic z tego, Babelku…
Pomarudzi, pobuczy i zasypia wtulony w niepierwszej swiezosci pieluszke…
22/04/05
Prawda kontra rzeczywistosc albo rijaliti bajts w naszym wydaniu

Zanim urodzil sie Adas, mialam taka przepiekna wizje mojego skromnego zycia jako mateczki dzieciatka. Jako mateczka w wyobrazni bylam urocza, zadbana, radosna, umiejetnie pielegnujaca rozkosznie usmiechnietego bobaska.
Bobasek okazal sie koszmarnym terrorysta…
Oczywiscie to nie jego wina. Oczywiscie dla nas, poczatkujacych rodzicow z niewielkim lub zadnym doswiadczeniem, dziecko usypiajace na dowolnie wybranej czesci ciala dowolnie wybranego rodzica, z preferencjami w kierunku rodzica posiadajacego cyca, co wiecej, z owym upragnionym instrumentem w usteczkach, bylo zachowaniem wzbudzajacym aplauz i ogolnorodzinne rozczulenie. Najmniejszy pisk niezadowolenia dochodzacy z lozeczka malenkiego terrorysty sprawial, ze obydwoje stawalismy na bacznosc, czujni i gotowi spelniac zyczenia trzykilowego babla.
-Dlaczego on placze?
-Moze glodny?
-Nie, wlasnie nakarmiony…
-Moze ma mokro?
-Zmienialam mu pieluche chwilke temu.
-Cos go boli?
-Tylko co? Brzuszek miekki, wiec nie kolka…
-Moze ucho?
-Ucho?
-Dzieci czesto choruja na uszy…
-Moze… Biedactwo, choc do mamy, przytulimy…
Pisk ustaje. Ale tylko do czasu, kiedy mama usiluje usiasc w fotelu.
-Ucho, mowilem ci…
-Skad wiesz?
-Zmiana cisnienia powoduje u niego dyskomfort…
Z czasem nie tylko “zmiana cisnienia”, ale rowniez brak ruchu ze strony rodzica noszacego, niemoznosc ogladania telewizji (z preferencjami ku programom kulinarnym i informacyjnym), oczywiscie z odpowiedniej wysokosci ramienia doroslego czlowieka, uciekajaca z buzi piesc i zbyt gwaltowne przestepowanie z nogi na noge wywolywalo ataki pisku.
I tak, o ile wyindukowanie pisku stawalo sie z czasem coraz latwiejesze, o tyle opanowanie tegoz zjawiska wydawalo sie graniczyc z niemozliwoscia. Gdy dotarlismy wreszcie do punktu, w ktorym jedyna metoda stalo sie wepchniecie cyca w usta krzyczacej istotki, bylismy obydwoje na krawedzi zalamania nerwowego, rekoczynow (oczywicie skierowanych przeciwko niewinnym przedmiotom domowego uzytku – ilez kopniec musiala zniesc nasza biedna sofa…) a w naszych rzadkich konwersacjach coraz czesciej pojawialo sie nurtujace nas pytanie, ile mozna dostac za biale, zdrowe niemowle plci meskiej… :)))
Nie pomogla “zaklinaczka”… Paradoksalnie, skutek byl odwrotny. Adas jakby wyczul, ze ktos usiluje wtloczyc go w ramki i reagowal prawie agresywnie. A rodzice??? Przy entej bezskutecznej probie polozenia dziecka w lozeczku, marzylismy juz tylko o tym, zeby w domu nastala bloga, kojaca zmysly cisza…
Nasze dziecko nie bylo idealne, nie….
Zanim urodzil sie Adas, widzialam go jako piekne bobo posiadajace niezwykla umiejetnosc zapewniania sobie samemu rozrywki za pomoca dostarczonych przez rodzicow, oczywiscie dobranych ze wzgledu na rozwijanie intelektu dziecka, zabawek edukacyjnych. Nabylismy zatem -droga kupna- calkiem niezla kolekcje super bezpiecznych przedmiotow, ktore… wzbudzily dokladnie zadne zainteresowanie u Adasia.
I tak miara przydatnosci konkretnej zabawki byl czas, przez ktory przyciagala ona uwage brzdaca. Hitami okazaly sie – kubek po jogurcie na sznurku zawieszony nad lozeczkiem obok wzgardzonej przez dziecko uroczej karuzelki z kroliczkami, wymemlana pieluszka (uwaga, nie prac!!!, wyprana traci swoja moc…), arkusz burego papieru do prezentow, chustka do nosa w rozyczki (pamiatka mamy z dziecinstwa, bo ktozby teraz uzywal chustek), slowenska flaga (tylko do gapienia sie, z szacunku dla symboli narodowych kraju, ktory nas tutaj gosci).
Rowniez tutaj nasze dziecko nie okazalo sie idealne.
Wspomne jeszcze o smoczku…
Zanim urodzil sie Adas, zaczytywalam sie w literaturze fachowej i ciut mniej dotyczacej pielegnacji i wychowania noworodka. Do tego stopnia, ze wizja mojego dziecka posiadajacego drastycznie krzywy zgryz stala sie koszmarem sennym nawiedzajacym mnie nagminnie w trakcie krotkich, meczacych drzemek w ostatnich tygodniach ciazy. Trend antysmoczkowy w mojej osobie byl tak gleboko zakorzeniony, ze widok malego babla ze smokiem w ustach wzbudzal we mnie najszczersze oburzenie i chec uswiadomienia potencjalnych niekorzysci radosnej i niczego nieswiadomej matce pchajacej wozek. I, Bog mi swiadkiem, gdyby nie zdecydowane braki w moim slowenskim, pewnie nagabywalabym owe nieszczesne kobiety.
A potem urodzil sie Adas.
A potem nie chcial spac, tylko cycac.
A potem moj biust sprowadzony do podrzednej roli uspakajacza podjal w pelni usprawiedliwiony bunt. I zbuntowalam sie ja, bo wielogodzinne maratony z dzieckiem u piersi zupelnie wykluczylu mnie z zycia i tak musialam czekac cierpliwe az moje dziecko pozwoli mi laskawie zalatwic moje potrzeby fizjologiczne, moje zycie poza tym zas, zupelnie zaniklo…
Smoczek mial byc ratunkiem.
Tata wyslany po zakupy przywiozl najpiekniejszego smoka, jakiego mogl znalezc. Niestety, mimo usilnych prob, Adam pociagnal, skrzywil sie, prychnal z niesmakiem i wyplul ow marny substytut. I tak bylo z cala kolekcja smokow, ktorej dorobilismy sie w przeciagu ostatnich trzech miesiecy.
Zamiast komentarza, maly obrazek z zycia rodziny…
Matka i ojciec po obu stronach lozeczka wierzgajacego i nerwowo pomrukujacego malenstwa. Matka kleczy z mina meczennicy i poklepuje dziecko miarowo po pupie. Ojciec glaszcze dziecko lewa reka, w prawej dzierzy smoczek enty, usiluje wcisnac go delikatnie w rozdziawaijace sie od czasu do czasu usteczka.
-Dziecko, prosze Cie, zassij… Tatus cie tak ladnie prosi… No, chociaz troszke…
Matka jako element mniej racjonalny a bardziej polegajacy na silach wyzszych wznosi wzrok ku gorze…
-Dobry Boze, prosze Cie najmocniej, pomoz nauczyc naszego babla ssac smoczek…
Niestety, ani skrajnie przyziemny tata, ani ukierunkowana lekko mistycznie mama, ani wspomniane juz wczesniej sily wyzsze nie sa w stanie zmienic negujacej postawy dziecka…
Zanim urodzil sie Adas…
I tak moglabym mnozyc przyklady tego, jak rzeczywistosc weryfikuje idealne zalozenia.
Adas nie jest idealny.
Potrzebowalismy troche czasu, zeby zrozumiec, ze nigdy nie bedzie…
I w tym jego niezaprzeczalny urok…
21/04/05

Zaczne od swojego pecha…
Stoje nad zlewem kuchennym i klne na czym swiat stoi. Zupelnie nie przebieram w slowach, trzaskam przeklanstwami po polsku, po angielsku, zaprawiam slowenskimi, ogolny jezykowy galimatias. (Adas spi w pokoju obok, pewnie stad taka moja wylewnosc). Do kuchni wpada moj slodki malzonek z wyrazem przerazenia na twarzy.
- Rany, co tu sie dzieje? – pyta spodziewajac sie ujrzec najazd Wandali na nasza kuchenke ulokowana na przestrzeni trzech metrow kwadratowych.
- (***cenzura***) Czy mozesz mi powiedziec, jakie jest prawdopodobienstwo, ze jedna samotna lyzeczka od herbaty zostawiona w zlewie ulozy sie dokladnie w takiej pozycji na jego dnie, ze po odkreceniu kranu strumien wody trafi akurat na nia i rozprysnie sie na wszystkie strony zalewajac polowe kuchni, osobe przy zlewie, swiezo wyparzone butelki Adama i stos sumiennie do sucha wytartych taletrzy???
Nie musi mi odpowiadac. W naszym domu prawdopodobienstwo wynosi 100%.
Bo dobralismy sie na zasadzie przyciagania podobienst, a to juz zle wrozy. Bo cechuje nas identycznie nieprawdopodobna tendencja do znajdowania sie w irracjonalnych, wlasciwie niemozliwych sytuacjach. Lyzeczka w zlewie to tylko malenki przyklad…
Przypadkowosc rzadzi naszym zyciem. Bo jakie jest prawdopodobienstwo, ze zgorzkniala, zla na caly swiat dziewczyna z Polski po przejsciach pojedzie do tak przypadkowego kraju, jakim jest Slowenia, spotka tam rownie zgorzknialego chlopaka po przejsciach ze Stanow, zakocha sie w nim w jeden wieczor, w ciagu tygodnia zdecyduja, ze chca spedzic ze soba zycie, a 16 miesiecy pozniej beda juz stanowili Szczesliwa Trzyosobowa Rodzine???
Hmmmm… Prawie zadne.
A jednak zdarzylo sie. Rownie nieprawdopodobne, jak strumien wody i lyzeczka… ale o tym juz bylo.
Ah, wracajac do spraw lyzeczki, nie byl to pierwszy raz. I jestem wiecej niz pewna, ze nie ostatni.
05/01/05
Jak przyszedl na swiat Adas…

… a po krotce to po prostu szybko. To byla niedziela, 12.grudnia, dzien moich wlasnych urodzin, zatem tysiac powodow, zeby wylegiwac sie w lozku. Tak sobie lezalam i zastanawialam sie nad tym i owym, glownie nad data porodu (termin 29) i jak bardzo juz chcialabym miec Adasia ze soba. Dwa dni wczesniej mielismy pierwsze ktg, przez 30 minut trzy regularne, ale bardzo plyciutkie skurczybyki, wiec szanse na szybkie rozwiazanie zadne. Wiec tak lezalam i myslalam, maz w kuchni parzyl kawe i gotowal dla mnie kakao, kiedy nagle uslyszalam dziwne “pyk” dochodzace z okolic mojej miednicy. Rozne dziwne rzeczy juz sie dzialy wczesniej, bole krocza, miednicy, stawiajacy sie brzuszek, wiec za bardzo sie nie przejelam, choc przyszlo mi do glowy, ze kolezanka opowiadajac o swoim porodzie, wspominala takie wlasnie pyk i odejscie wod. No ale mnie w koncu nic nie odchodzilo…
Z westchnieniem rozczarowania podnioslam swoje biedne ciezarne czlonki. Poczlapalam do meza, powiedzialam mu, ze byloby milo, gdyby Adas urodzil sie wlasnie dzisiaj, ale z drugiej strony wolalabym nie, bo tak obstawiala moja mama, a “ona ma zawsze racje” I to bylby kolejny na to dowod…
A skoro juz wylazlam z lozeczka, udalam sie do lazienki na poranny ceremonial, gdzie pierwsza rzecza po spoczeciu na tronie byl… wodospad z Adasiowego domku. Bardzo mnie zadziwilo cisnienie owego wodospadu, a bedac chyba lekko oszolomiona, zaczelam zastanawiac sie wlasnie nad tym faktem. Usadzona na tronie, z mina myslicielki rozwazalam wszelkie mozliwosci… Juz, juz mialam dojsc do konstruktywnych wnioskow-cos o grawitacji chyba-kiedy z owego myslowego wedrowania wyrwala mnie druga fala odchodzacych wod… No, czas dzialac…
Bez paniki, tak mi sie przynajmniej wydaje, przekazalam wiadomosc mezowi i nakazalam mu natychmiast dzwonic do naszej umowionej gin, ktora miala odebrac porod. Ja natomiast grzecznie wzielam prysznic, umylam wlosy, bo przeciez dziecko przestraszyloby sie takiej szczotki! i z regularnie ciurkajacymi wodami zaczelam pakowac torbe. Zrobilismy jeszcze tysiac zdjec mojego brzucha, rozpakowalam swoje prezenty urodzinowe i w koncu zebralismy sie do kupy i popelzlismy do szpitala.
Ciut wstyd, bo pani doktor byla tam przed nami…
Ktg wykazalo skurcze, choc wcale dla mnie nie bolesne, badanie pokazalo brak szyjki. Ale zadnego rozwarcia. A jako ze byla niedziela, pani doktor uznala, ze trzeba by najpierw zjesc obiad, po czym wyslala mojego meza do domku, mnie na lewatywke, sama zas rozplynela sie jak kamfora gdzies na terenie poteznego szpitala.
A bylo juz po 14.00…
Lewatywka do przyjemnych nie nalezy, oczywiscie pozostawiono mi wybor, zgodzilam sie i wcale nie zaluje. Po niej poczulam sie jak nowonarodzona i lekka jak piorko!
Okolo 15 zaczelo mnie troszke pobolewac, probowalam mierzyc regularnosc skuczybyczkow, ale jakos mi to nie wychodzilo. W kazdym razie byly juz na tyle bolesne, ze musialam zmieniac pozycje co jakis czas. Probowalam przy tym czytac ksiazke i rozmawiac z pania polozna (ani slowa po angielsku, wiec wiecej w tym bylo machania rekami i nogami, niz rozmowy, ale w koncu efekt sie liczy…), troszke przespacerowalam sie po porodowce, ale wciaz ciekly ze mnie wody, wiec nie oddalalam sie zbyt daleko od mojego krzeselka.
Nagle w okolicach 16 pojawia sie pani doktor, moj maz i pierwsze naprawde bolesne skurcze—jakos tak wszystko na raz. Pewnie dostalam wczesniej jakas tabletke na rozluznienie, bo od tego momentu szczegoly mojego porodu jakos sie zamazuja… Pani doktor uznaje, ze mamy juz 4, krotko potem 6 cm rozwarcia. Odziewaja mnie w ubozuchna koszulinke szpitalna i wrzucaja na lozeczko… Dostaje kroploweczke z glukoza i pani doktor zarzadza podanie oksytocyny. KTG caly czas odmierza rytm Adasiowego serduszka, a ja wpatrzona w sile skurczybykow i cale wielkie Tatrzanskie szczyty jakie sie rysuja na wydruku probuje oddychac jak mi pokazuja i instruuje meza, gdzie ma stac, “nie ruszaj mi sie zza mojej glowy, rozumiesz?” Skurcze sa coraz czestsze, trwaja okolo minuty, pomiedzy nimi juz nie pamietam bolu, nawet przysypiam ze zmeczenia a moze z odurzenia srodkami, ktore sacza sie przez kroplowke…
Poczatkowo w tle leci jakas muzyka, pani doktor na zmiane z polozna, o, rany, dwiema (skad u licha wziela sie ta druga), co chwile zagladaja mi w podwozie. Malzonek dzielnie masuje mi plecy, ale jakos mi sie ten masaz nie podoba, wiec przeciagam go na druga strone lozka i sciskam jego biedna reke… I paplam mu bez sensu: “prosze, nie pozwol mi na uprawianie jakichs oper tutaj, ani nawet Celine Dion, zebym tylko nie jeczala…” Biedny maz, nie dosc, ze caly w stresie, jeszcze do tego obciazony moimi chorymi obawami o blamaz—bo ja przeciez taka dzielna, ze nie pisne…
Nie pamietam, jak dlugo to trwa, z moich wyliczen wynika, ze okolo godziny. Te przyciemnione swiatla w sali, muzyka gdzies zza mojej glowy, obraz poloznych i pani doktor, ktore stoja oparte o rzad szafek, moj maz, ktorego musze sila odciagac od zagladania “tam” i aparat ktg wprost przed moim nosem-stukajace serduszko synka slyszalne w calej sali…
Czuje, ze musze przec…
Nagle widze ruch w okolicach Adasiowego wyjscia na swiat, pani gin przewraca mnie wprawnie na plecy, zapalaja sie swiatla nad samym lozkiem, “o, rany,” mysle, “moje krocze jak piosenkarz na scenie oswietlone punktowym swiatlem…” I dostrzegam takze, ze moj ciekawski maz zaglada razem z personelem, ale nawet nie mam sily protestowac, jakos mi sie nie chce…
Slysze, ze widza juz glowke i pre jak wariatka. Pani gin przygina moje nogi do brzucha i dyryguje parciem. “Nie bede cie nacinala,” mowi, “nie widze potrzeby.” A ja mysle sobie—”teraz” i nadludzka sila pre dalej.
Kiedy czuje nagla ulge, zaczynam sie zastanawiac, co sie dzieje, czy wszystko w porzadku z Adasiem. Podnosze glowe i widze maly zwiniety toboleczek pomiedzy moimi nogami. Toboleczek lezy przez ulamek sekundy spokojnie, potem zaczyna rozprostowywac malenkie nozki i raczki… Moj maz stoi jak urzeczony nad tym zjawiskiem i widze, ze nie pojmuje tego, co sie wlasnie stalo… Dostaje Adaska na brzuch, sama zdziwona pytam, “I co, to wszystko???” czym wprawiam w oslupienie pania doktor i polozne.
Nie slysze odpowiedzi, zamiast tego pani doktor dyktuje czas narodzin-18.26… moment przeciecia pepowiny…
Za chwile Adas zniknie w objeciach poloznej, poloza go na stole na przeciwko, umyja, zmierza, zwaza. Czuje sie troche opuszczona, maz asystuje przy myciu i od tej pory bede widziala juz tylko jego plecy pochylone nad Adamem. “50 centymetrow, 2600g, 8 punktow w pierwszej minucie, 9 w drugiej.” “Malenstwo” mysle sobie… Tymaczasem pani gin pomaga przy urodzeniu lozyska i zaklada dwa skromne szwy. Polozne zmieniaja mi koszule, kaza wstac natychmiast i sprobowac zrobic siusiu. Czuje sie troche glupio, bo stosuja metody mojej mamy, czyli odkrecaja kran, cieknaca woda kojarzyla mi sie z dziecinstwem, kiedy mama w srodku nocy sadzala mnie na nocniku… od wtedy juz chyba bede miala inne skojarzenia… Wracam do sali, klade sie na lozku, dostaje do rak Adasia-maly tlumoczek caly zawiniety w pieluszki, maz robi zdjecia, ale w podnieceniu nie zastanawiamy sie nad jakoscia swiatla, wiec wiekszosc zdjec jest niewyraznych…
Moze to i lepiej, pamiec zachowuje zawsze te najpiekniejsze fotografie…
Czekajac przez dwie godziny, jakos tak w mysl tutejszych przepisow, obdzwaniamy rodzine i znajomych…
Mama “moje sie zawsze sprawdza” triumfuje… I placze do sluchawki… Sama nie wiem czemu, w koncu to jej czwarty wnuk.
Po dwoch godzinach zawoza nas na oddzial poporodowy, mnie kaza spac, meza posylaja do domu, a Adaska przejmuja siostry. Nie spie przez cala noc, wstaje co chwila, zagladam do Adaska. Krece sie jak opetana, bolu jakos nie czuje, caly czas dotykam tego, co mi pozostalo po brzuszku.
I tak do samego rana, kiedy pierwszy raz przynosza Malego do karmienia…
W szpitalu musielismy zostac az 9 dni. Adas byl malenki, wiec slabiutki. Nie radzil sobie z cycaniem, dostawal kroplowki na wzmocnienie. Potem przypaletala sie zoltaczka, wiec przeniesli nas na pediatrie. Po jakims czasie waga ustabilizowala sie i w poniedzialkowy poranek, 20 grudnia, pani doktor pozwolila nam pojsc do domu…
Kiedy patrze teraz na moje ponad trzytygodniowe szczescie, zastanawiam sie, dlaczego nikt nie potrafil mi powiedziec, jak bardzo bede go kochac… Kochalam go, kiedy byl jeszcze we mnie, — teraz, kiedy nie jest juz abstrakcja tylko w pelni uksztaltowanym czlowieczkiem, kocham go zupelnie inaczej, bezwarunkowo i do konca…
“Skad sie wziales? To proste—jestes caly z milosci.”
intro
Czasami wystarczy jedna mala chwila, zeby zmienilo sie cale zycie.
Jedna sekunda, zeby odwrocic wszystko do gory nogami.
Czasami wszystko zmienia sie na gorsze.
Ale czasami na lepsze.
To sie zdarzylo i mnie.
Ciesze sie, ze zdolalam zapisac moja pierwsza notke. Potem druga, potem trzecia. Potem niepostrzezenie wyszla z tego historia.
Ktora zaczyna sie tutaj.
Ale nie konczy.
Toczy sie dalej swoim torem, a mnie jako naocznemu swiadkowi i uczestnikowi tych wydarzen nie wypada nie zapisywac.
W niklej nadzieji, ze inni uczestnicy tych wydarzen zechca to kiedys przeczytac.



























I’m dying to read this! Where can dumb single-language Americans get a translation!
Comment by gaoo — Wednesday 28 November 07 @ 12.57 MST+2.00
Me too! Me too!
Comment by jane — Sunday 9 December 07 @ 17.16 MST+2.00
no to macie przechlapane… teraz oby tylko do osiemnastki ;)
Comment by aniah — Monday 10 December 07 @ 18.13 MST+2.00